Znakomita część ludzi nosi w życiu tyle masek, że czasem się zastanawiam, czy nie jest im z tym trudno. Czy kiedykolwiek pokazują światu prawdziwych siebie, ze swoimi wadami i niedoskonałościami, z grzechami i przywarami? Niedoskonałych, ale przez to ludzkich i zwyczajnych; naturalnych, pięknych wewnętrznie, a przede wszystkim uczciwych?

Zamiast tego ci odgrywający w życiu przeróżne role najpierw obserwują i badają otoczenie, by dowiedzieć się, „za co w tym towarzystwie ganią, a za co chwalą” – i na koniec tak się dopasowują do środowiska i jego oczekiwań, aby było im jak najwygodniej i najbezpieczniej. Jest wygoda, jest akceptacja, a przynajmniej tak to z wierzchu wygląda. Teatr pozorów. Jest w tym jakaś obłuda, nieprawdaż? Takie zachowania nie biorą się jednak znikąd. Od lat przecież programuje się nas w taki sposób, aby zewnętrzna ocena – ocena środowiska, w którym funkcjonujemy – była dla nas najważniejsza. Straszy się nas tym, co pomyślą sobie o nas inni ludzie (którzy często nawet nas osobiście nie znają), skutecznie odbierając nam pewność siebie. Tak jakby to, co o nas pomyślą inni, było najważniejsze na świecie i było jedynym miernikiem naszej wartości.

Tymczasem z ludźmi różnie bywa. Jedni nas lubią, inni nie, jedni się nami zachwycą, a inni nas przeklną lub wyzwą od czci i wiary. Dogodzić wszystkim się nie da i próżne to zajęcie. A przecież nie można i wręcz nie trzeba być lubianym przez wszystkich. Powiem więcej, to zupełnie normalne, że jedni nas lubią, a inni niekoniecznie. Nie ma w tym ani niczego dziwnego, ani złego. Polegać bowiem na cudzych opiniach o nas to tak, jakby skazywać się na łaskę i niełaskę zarazem. Można oczywiście starać się przypodobać wszystkim dookoła. Tylko ilu z nas to się uda? A jeśli ktoś będzie chciał, to niezależnie od naszego zachowania i tak się do nas przyczepi. Bo mu się nudzi, bo jest złośliwy albo dlatego, że sam jest nieszczęśliwym człowiekiem, nie ma do podarowania nic dobrego, a więc niczym dobrym podzielić się nie może. To chociaż podzieli się z nami złem, które w sobie ma. A raczej nim nas obrzuci.

I tak z lęku, z braku asertywności i umiejętności stawiania granic, z braku poczucia pewności co do tego, kim jesteśmy i jakie mamy opinie, odgrywamy swoje role i zakładamy maski. Jednak życie przepełnione fałszem jest trudne – a także obciążające emocjonalnie.

To, jak przeżyjemy życie, jest zawsze kwestią indywidualnych wyborów. Jeśli jednak nie zdecydujemy się na życie w prawdzie, nie zaryzykujemy pokazania siebie samych takimi, jakimi jesteśmy – to nie przekroczymy tej magicznej linii, za którą znajduje się właśnie pewność siebie. W przyklejonej do twarzy masce nie da się tego zrobić. Jeśli chcemy prawdziwie i świadomie doświadczać życia, rozwijać się i zaznać wewnętrznego spokoju i dobrostanu, to nie ma innego sposobu, jak skoczyć w przepaść i zaprezentować się drugiemu człowiekowi bez maski.

Jeśli to, kim naprawdę jesteśmy w codziennych potrzebach, myślach, planach, chęciach i niechęciach, jest tożsame z tym, co pokazujemy i komunikujemy drugiemu człowiekowi, to po pierwsze jesteśmy dla siebie samych spójni, a po drugie nasze otoczenie także ma jasność co do naszej sytuacji i tego, co się z nami aktualnie dzieje. Można oczywiście odgrywać zawsze miłą czy grzeczną lub niezwykle spełnioną w małżeństwie, mimo iż w środku aż nas skręca z goryczy i depresyjnych myśli (bo ważne, aby na zewnątrz ładnie wyglądało i aby wszyscy myśleli, jaka to z nas cudowna para). Można. Można też odgrywać szczęśliwego człowieka albo człowieka sukcesu, ukrywając przed światem długi i upadłość firmy. Tylko zanim cały ten teatr odstawimy, warto zastanowić się nad tym, jaką cenę za to płacimy i czy w ogóle ma sens, by żyć sztucznie wymyślonym życiem.

Od pewnych osób (tak, czasem są to nasi najbliżsi) nigdy nie usłyszymy dobrego słowa ani nie otrzymamy akceptacji. Im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym szybciej sami się sobą prawdziwie zaopiekujemy. Jest to jak najbardziej możliwe. Bo przecież możemy nikogo nie mieć na świecie, ale zawsze, do końca swoich dni, będziemy mieli siebie. To ze sobą spędzamy najwięcej czasu. A kryzysy wewnętrzne i życiowe załamania? Pojawiały się, pojawiają i będą się pojawiać. To właśnie one pokazują nam, czego od siebie nie powinniśmy oczekiwać (np. tego, że zawsze i w każdej sytuacji mamy być silni i wiedzieć, jak działać). Wszystkie maski na nic się zdają, kiedy jest nam w życiu naprawdę ciężko. Zamiast przybliżać do drugiego człowieka, tylko nas od niego oddalają. A przecież będąc sobą, nie jesteśmy do poprawki, nie jesteśmy wybrakowani. Naprawdę nie warto skupiać się na tym, że dopiero kiedy coś udowodnimy koleżance, będziemy w jej oczach coś znaczyć. Może będziemy, a może nie – i nie powinno to być dla nas specjalnie ważne. Mamy mieć znaczenie i poczucie wartości w swoich własnych oczach.

Zaryzykujmy i starajmy się żyć w prawdzie, która wzmacnia naszą autonomię i poczucie własnej wartości. Jeśli zaczniemy tak po prostu być sobą, odczujemy ogromną ulgę. Bo prawda to wolność. Wolność decydowania o sobie i o tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy i jak siebie wyrażamy. Prawda to także niezależność i bycie w pełni tym, kim się w głębi serca jest. To nie zawsze jest proste, ale długoterminowo naprawdę się opłaca. Jestem całkowicie przekonana, że tylko prawda przynosi człowiekowi wewnętrzną radość i spokój. Tylko w prawdzie, bez masek i bez grania na potrzeby otoczenia, rodziny czy sąsiadów, możemy się rozwijać i wewnętrznie wzrastać. Mieć poczucie, że nasze istnienie i to, co robimy, ma głębszy sens. Dobre życie to życie prawdziwie przeżywane. Nie bierzmy wszystkiego tak bardzo do siebie. Naprawdę nie ma takiej potrzeby. Można tracić czas na rozmyślaniach o tym, co ktoś nam (a jeszcze częściej: o nas) powiedział i co sobie pomyślał. Tylko po co? No chyba że chcemy całkowicie zrujnować sobie życie.

 

Aleksandra Szewczyk

psycholog

 

 

Gazetka 223 – lipiec 2023