Wydaje się, że w dzisiejszym świecie coraz trudniej jest nawiązać i utrzymać bliskie relacje. Jako praktykujący od wielu lat psycholog odnoszę też wrażenie, że im więcej ludzi wokół nas, tym słabsze mamy z nimi więzi. I nie ma tu specjalnie znaczenia, czy ktoś ma rodzinę, czy też nie, czy jest w związku, czy prowadzi życie singla. Bo często dojmującej samotności i poczucia wyobcowania można doświadczać wśród najbliższych, a także będąc w małżeństwie. Samotność to choroba naszych czasów. A jeśli do tego nie udało nam się dotychczas zbudować najtrwalszej z możliwych i najdłuższej więzi, czyli więzi z samym sobą, to jest nam najzwyczajniej w świecie trudno. Bo doświadczanie samotności, która nie jest naszym świadomym wyborem, ale przymusem czy też wynikiem życiowych okoliczności, boli. I to boli dosłownie, bo kiedy czujemy się samotni, odrzuceni i odizolowani, w naszym mózgu zachodzą dokładnie takie same procesy, jak w przypadku bólu fizycznego. Oczywiście każdy z nas ma inne potrzeby towarzyskie i bardzo się pod tym względem różnimy. Ekstrawertycy potrzebują do życia kontaktów społecznych w o wiele większym stopniu niż introwertycy. Ale co do jednego możemy być pewni, a mianowicie, że żaden człowiek na świecie nie chce być samotny. Nierzadko zdarza mi się słyszeć w gabinecie opinię, że ktoś wolałby umrzeć niż żyć w samotności, i z tego powodu często godzi się na wyniszczające i toksyczne relacje, które jednak istnieją, przez co dają złudne poczucie bezpieczeństwa oraz życiowej stabilizacji.

To, w jaki sposób i jak trwałe tworzymy relacje z innymi ludźmi, wiele mówi o nas – a także o naszych potrzebach czy też upodobaniach. Badania naukowe dość jednoznacznie wskazują, że ludzie związani z rodziną, przyjaciółmi czy znajomymi z pracy są szczęśliwsi, zdrowsi fizycznie i żyją dłużej niż ci, którzy nie utrzymują takich kontaktów. Rynek pracy także jest dla nich łaskawszy, bo dzięki licznym kontaktom łatwiej im znaleźć lub zmienić pracę. Osoby doświadczające samotności mają gorsze samopoczucie, częściej chorują, szybciej się starzeją i żyją krócej. Zdecydowanie nie chodzi tutaj jednak o liczbę utrzymywanych relacji, ale o ich emocjonalną jakość, o ich wartość i znaczenie dla nas. I to jest najlepszy argument za tym, abyśmy o ważne dla nas relacje dbali. Jeśli zaś takich nie mamy, warto zastanowić się, dlaczego tak jest i czy możemy coś z tym zrobić.

Gdy doświadczamy samotności, wzrasta nam w mózgu poziom kortykoliberyny, neurohormonu wydzielanego przez podwzgórze w odpowiedzi na stres. Większe stężenie kortykoliberyny powoduje z kolei, że odczuwamy lęk, a w reakcji na niego nasze nadnercza zaczynają produkować kortyzol, czyli hormon stresu. W ten sposób osoby długotrwale samotne żyją na „kortyzolowym haju”. Stąd też częściej występują u nich choroby układu sercowo-naczyniowego. Organizm takiej osoby ma bowiem stale podwyższony poziom kortyzolu, a ten z kolei sprawia, że praca układu odpornościowego jest znacznie mniej efektywna. Jednym słowem – mózg takiej osoby cały czas trwa w pogotowiu i jest przygotowany do podjęcia walki z potencjalnym zagrożeniem. Co więcej, ta gotowość na ewentualne zagrożenie u osoby doświadczającej samotności nie wygasza się u niej podczas snu, co sprawia, że zarówno liczba przespanych godzin, jak i wydajność snu są znacznie niższe. Krótko mówiąc, samotni śpią krócej i mniej efektywnie. Jasne jest zatem, że gdy czujemy się osamotnieni, proces regeneracji naszych zasobów jest narażony na szwank.

Samotność to inaczej głód ludzi, głód drugiego człowieka. Problem z nią jednak jest bardzo poważny, gdyż nie ma żadnego sposobu, aby ten głód szybko zaspokoić. Nie nawiążemy przecież w trybie ekspresowym głębokiej przyjaźni z kimś, kogo nie znamy, a i naszym przyjacielem nie może zostać ktokolwiek, kto akurat jest na podorędziu czy też aktualnie wyświetla się na Facebooku. Samotność zatem z jednej strony sprawia, że chcemy być w relacji z drugim człowiekiem, a z drugiej strony powoduje, że stajemy się bardziej czujni wobec innych, bo nie wiadomo, kto jest wrogiem, a kto potencjalnym przyjacielem. I tu objawia się cała trudność z nawiązywaniem kontaktów. Jeśli jeszcze dodamy do tego wszystkie założenia w naszych głowach, jak np. te o przyjaźni do grobowej deski, o jednej miłości do końca życia i że z drugim człowiekiem trzeba beczkę soli zjeść, aby go poznać – to może być trudno. Bo ilu z nas będzie dane coś takiego przeżyć? Idę o zakład, że niewielu. No właśnie. Bo założenie, że mamy być ze sobą do końca życia, zarówno w miłości, jak i w przyjaźni, wcale nie jest budulcem, ale tak naprawdę sumą naszych strachów i lęków. Każdy z nas kiedyś odejdzie, bo życie ludzkie jest obliczone w czasie. Większość bardzo boi się takiego myślenia. A przecież pięknie czerpać można zarówno ze spotkań i relacji długotrwałych, jak i tych dosłownie na chwilę. W pociągu, na ławce czy samolocie. Bardzo przekonuje mnie tu mądrość filozofii buddyjskiej, a mianowicie, aby nie przywiązywać się do rzeczy, ludzi, czegokolwiek. Takie nastawienie trochę też łagodzi emocjonalny ciężar i zmniejsza nasze (często nierealistyczne) oczekiwania względem drugiego człowieka.

Przyjaźń wiąże się z odpowiedzialnością. Może właśnie dlatego tak trudno zbudować głęboką relację. Potrzebny jest też czas. Kiedyś byliśmy osadzeni w rodzinach, często wielopokoleniowych. Rodzice, dziadkowie, rodzeństwo tworzyli grupę wsparcia i dawali oparcie. Dzisiaj mamy wielu znajomych, o których życiu w zasadzie niewiele wiemy. Podobnie oni o naszym. Jak pokazują badania, sieci społeczne i kontakty online – jeśli są jedynym substytutem relacji w świecie rzeczywistym – paradoksalnie powodują, że czujemy się jeszcze bardziej samotni i przygnębieni. To trochę tak, jak byśmy chcieli zaspokoić ogromny głód zjedzeniem małej marchewki. Czy przestaniemy być głodni? Absolutnie nie, a w dodatku jeszcze bardziej będzie nas ssało w żołądku.

No dobrze, ale co zrobić, aby wyjść z chronicznej samotności? Myślę, że nie ma innego sposobu, jak poszerzyć swoje granice, nie poddawać się, nie wycofywać się z relacji i nie być biernym. Warto też popracować nad swoimi ograniczającymi przekonaniami, powściągnąć się w ocenianiu innych, bo to często utrudnia nam poznanie drugiego człowieka. Warto poszukiwać osób o podobnych zainteresowaniach, wartościach moralnych i postawach życiowych. Miłośnik sportu i zabaw na świeżym powietrzu niekoniecznie może znaleźć wspólny język z domatorem, który kocha czytanie książek i oglądanie seriali. Pozbądźmy się też krytycznej, oceniającej postawy. Myślmy o innych dobrze i oczekujmy od nich dobrego. Bo złe może się nigdy nie wydarzyć, a my nie dość, że zatrujemy sobie głowę, to i swoim negatywnym podejściem zaprzepaścimy szansę na nową znajomość.

 

Aleksandra Szewczyk

Psycholog

 

 

 

Gazetka 225 – październik 2023