PIĘKNY UMYSŁ

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 170 kwiecień 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

14 marca to dla naukowców szczególna data – wtedy właśnie obchodzimy Dzień Liczby Pi i rocznicę urodzin Alberta Einsteina. Instytuty badawcze i uniwersytety planują na ten dzień konferencje i przyjęcia. W tym roku jednak świat nauki nie miał powodu do świętowania. Po długoletniej chorobie zmarł bowiem jeden z najwybitniejszych astrofizyków w historii, Stephen Hawking.

ZDOLNY, ALE NIE WYBITNY

Tak opisywali go nauczyciele ze szkół w St Albans, gdzie wraz z rodzicami mieszkał i dorastał. Dopiero na uniwersytecie okazało się, że ten chudzielec o rozbrajającym uśmiechu ma w sobie „to coś”. Mimo że na naukę nie poświęcał zbyt wiele czasu (z jego własnych obliczeń wynika, że nie uczył się dłużej niż godzinę dziennie), pojmował nawet najbardziej skomplikowane relacje szybciej niż inni uczniowie i studenci. Miał nieprzeciętny umysł i nie mogło być inaczej, skoro czuwała nad nim gwiazda Galileusza – Hawking urodził się w rocznicę śmierci wielkiego astronoma. Ojciec profesora był znanym i poważanym lekarzem specjalizującym się w chorobach tropikalnych, którego marzeniem było, by pierworodny syn poszedł w jego ślady. Biologia nie pociągała jednak chłopaka, który bardziej od bakterii, komórek i zwierząt wolał matematykę i fizykę. Zaczął zatem studia na wydziale przyrodniczym, specjalizując się w nauce teoretycznej, twierdził bowiem, że teoria jest zawsze ciekawsza od samego rezultatu. Po licencjacie na Oksfordzie przeniósł się do Cambridge, gdzie oddał się w całości badaniu teorii kosmosu, co przyniosło mu niewyobrażalną jak na naukowca-teoretyka sławę także poza murami uczelni. Uważał, że naukę trzeba „wyprowadzać” do ludzi, tak byśmy wszyscy mogli w niej uczestniczyć i z niej korzystać. Do ostatniej chwili prowadził badania, angażował się w niezliczone projekty, pisał i wykładał.

ALS

Błyskotliwa kariera uniwersytecka zachwiała się w 1963 r., kiedy lekarze zdiagnozowali u niego postępujące stwardnienie zanikowe boczne (ALS). 21-letni wówczas Stephen usłyszał, że zostały mu najwyżej 3 lata życia, co niemal całkowicie go załamało – pojawiła się depresja i alkoholizm. Jednak dzięki wsparciu rodziny i narzeczonej (a potem pierwszej żony) Jane pozbierał się i rozpoczął nierówną walkę z chorobą, która trwała nie 3, ale 55 lat. Skończył doktorat i rozpoczął błyskotliwą karierę uniwersytecką – pisał, wygłaszał referaty, pojawiał się na konferencjach i udzielał wywiadów. Żył tak, jak każdy inny zdrowy naukowiec; starał się z tej zupełnie tragicznej sytuacji, w której się znalazł, wydobyć coś dobrego. Żartował czasem, że jedną z pozytywnych stron choroby jest to, że już nie musi uczyć studentów. – Nie jest ważne, jak bardzo ciężkie ma się życie, bo zawsze można zrobić coś, co zmieni je w sukces – mawiał. Kiedy choroba odebrała mu możliwość chodzenia i mowy, zaczął poruszać się na specjalnym wózku, który zaopatrzony był także w specjalny mówiący komputer, dzięki któremu profesor porozumiewał się ze światem. – Moje oczekiwania zostały zredukowane do zera, kiedy miałem 21 lat. Wszystko od tego momentu to bonus – twierdził. I z tego czasu ekstra starał się jak najpełniej korzystać – nie tylko robiąc karierę naukową, ale też budując szczęśliwą rodzinę. Dwa małżeństwa zaowocowały trójką dzieci, o których profesor zawsze mówił, że dały mu szczęście i pomagały w chorobie.

CZAS, CZARNE DZIURY I POPKULTURA

Stephen Hawking specjalizował się w badaniu teorii kosmosu i czasu. Dzięki niemu wiemy, że czarne dziury mogą „wypluwać” cząsteczki (promieniowanie Hawkinga) mogące nam pomóc w zrozumieniu, co tak naprawdę dzieje się tam w środku i co wydarzyło się przy narodzinach kosmosu. W swojej najpopularniejszej książce, „Krótkiej historii czasu” (1988), opisywał, że wszechświat jest nieskończony, nie ma w nim żadnych granic, co daje nam nadzieję, że nie jesteśmy w nim pozostawieni sami sobie. Jego zdaniem istnieją także paralelne do naszego światy, gdzie być może istnieją i inne wersje nas samych, których być może nigdy nie będziemy w stanie poznać. Hawking nie wierzył bowiem, że człowiek będzie kiedykolwiek w stanie pokonać barierę czasu i przenosić się w nim. Żeby to udowodnić, zorganizował nawet przyjęcie dla podróżników w czasie, o którym poinformował dzień później, by być pewnym, że przybędą na nie jedyne prawdziwi „travelerzy”. Ta anegdota pokazuje, jakim rodzajem naukowca był Hawking. Dzięki temu, że nie zamykał się w gabinecie i nie starał mówić jedynie niezrozumiałymi formułami, jego teorie docierały także do ludzi, którzy z nauką nie mają nic wspólnego. Jego książki można czytać jak najbardziej wciągające powieści, bez poczucia wstydu przed własną niewiedzą. Profesor nie uciekał także przed popkulturą – występował w serialach („Teoria wielkiego podrywu” i „Simpsonowie”), pojawiał się w programach śniadaniowych, a kiedy nastolatki rozpaczały po rozpadzie zespołu One Direction, napisał felieton, żeby wytłumaczyć im, że gdzieś tam istnieje świat, gdzie przystojni chłopcy nadal szaleją na scenie. Robił wszystko, by nauka była dostępna i przystępna, przez co inspirował kolejne pokolenia młodych badaczy, nie tylko w dziedzinie matematyki i kosmologii.

NOBEL? MOŻE PÓŹNIEJ

Po jego śmierci zaczęły pojawiać się pytania o to, dlaczego mimo ogromnego wkładu we współczesną wiedzę nigdy nie otrzymał Nobla. Odpowiedź jest bardzo prosta – komitet nagradzający zawsze stara się wybierać naukowców, których badania mają praktyczne zastosowanie. Hawking był teoretykiem i właśnie dlatego nie otrzymał wyróżnienia. Nie znaczy to jednak, że nigdy się to nie stanie. Bardzo prawdopodobne jest, że w najbliższych latach znajdzie się ktoś, kto w praktyce udowodni jego twierdzenia. Może oddzieli cząsteczki wydobywające się z czarnych dziur albo dowiedzie, że istnieje życie pozaziemskie. Jeśli za takie odkrycia ktoś nagrodę dostanie, będzie ją zawdzięczał właśnie Hawkingowi.

Profesor dysponował niewątpliwie pięknym umysłem, naznaczony chorobą nie poddawał się i starał czerpać z życia pełnymi garściami. W wywiadzie udzielonym kilka lat temu belgijskiej dziennikarce mówił: – Nie boję się śmierci, ale nie chcę jeszcze odejść. Jest jeszcze tak wiele rzeczy, które chcę zrobić. Jednym z jego największych marzeń była podróż w kosmos. Kiedy dzięki firmie Virgin dane mu było doświadczyć nieważkości, uśmiechając się, powiedział: – Kosmosie, przybywam! Wielu wyobraża go sobie w tej chwili podróżującego między światami i badającego czarne dziury. Kochał, działał i inspirował – właśnie takim go zapamiętamy.

 

Anna Albingier

Gazetka 170 – kwiecień 2018

WYDARZENIA


PARTNERZY


Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line:

WSPÓŁPRACA