SUPERBOHATEROWIE POWRACAJĄ!

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 170 kwiecień 2018

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Pod koniec kwietnia odbędzie się premiera filmu „Avengers: Infinity War” (polski tytuł: „Avengers: Wojna bez granic”). To już kolejne dzieło opowiadające o przygodach herosów walczących z wszechpotężnymi siłami zła. Wszystko zaczęło się w 2008 r. od filmu „Iron Man”, którego główny bohater, bogaty przedsiębiorca i wynalazca Tony Stark, dzięki specjalnemu pancerzowi wyposażonemu w urządzenia, o jakich Bondowi nawet się nie śniło, walczył z szajką handlarzy bronią zaopatrujących najgroźniejsze światowe organizacje terrorystyczne. Po ogromnym sukcesie kasowym (wpływy z biletów wyniosły ponad 585 mln dolarów) studio Marvel postanowiło pójść za ciosem i nakręcić kolejne filmy opowiadające o superbohaterach znanych z kart popularnych także i w Polsce komiksów.

DAWNO TEMU W AMERYCE

Historia Marvela zaczęła się w roku 1939, gdy Martin Goodman założył wydawnictwo Timely Comics. Po latach wspominał, że zainspirował go sukces serii o Supermanie, a także możliwość wkroczenia na nowy, dopiero raczkujący wówczas rynek, w którym widział ogromny potencjał. Czytelnicy pokochali obrazkowe historie, wówczas jeszcze dość proste zarówno w formie, jak i treści. Komiksy sprzedawały się w dużych nakładach i były produktem przeznaczonym dla spragnionego niezwykłości i sensacji odbiorcy, który ekscytował się przygodami przybysza z innej planety, człowieka wyglądającego jak płonąca pochodnia czy robota walczącego z Niemcami na froncie II wojny światowej. Najpopularniejszym wówczas herosem był Superman, stworzony przez DC Comics. Marvel zaś postawił na różnorodność, promując kilkanaście postaci, o których dzisiaj pamiętają chyba tylko najwierniejsi fani.

Pierwszą supergwiazdą wydawnictwa stał się Steve Rogers, znany bardziej jako Kapitan Ameryka. Zadebiutował w 1941 r. i od razu podbił serca fanów. Był postacią idealnie wpisującą się w oczekiwania czytelników: zwykły amerykański chłopak, patriota chcący walczyć w dalekiej Europie, jednak z powodu zbyt marnego zdrowia odrzucony przez komisję wojskową. Potencjał dostrzegli w nim twórcy tajnego programu mającego przy pomocy specjalnego serum stworzyć superżołnierza. Po wstrzyknięciu mieszanki Steve stał się silniejszy, inteligentniejszy i bardziej wytrzymały. Przywdział kostium w kolorach flagi USA, do ręki dostał tarczę z gwiazdą i mógł ruszać na wojnę. Już w 1944 r. o naszego bohatera upomniała się dziesiąta muza i tak powstał 15-odcinkowy serial wyświetlany na ekranach kin.

Kolejni superbohaterowie wykreowani przez Marvela to m.in. Thor, bóg piorunów (jedna z najważniejszych postaci nordyckiej mitologii) oraz jego podstępny brat Loki, a także wspomniany na początku Iron Man, Hulk, Spider-Man czy Czarna Wdowa. Wymienione postaci łączy jedna osoba – to Stan Lee, człowiek związany z Marvelem od samego początku. Ten urodzony w 1922 r. niezwykle utalentowany rysownik i scenarzysta pracę w wydawnictwie zaczął jako 17-latek. Swój kunszt mógł po raz pierwszy zaprezentować jako autor dialogów w jednym z komiksów o Kapitanie Ameryce. Wtedy też zaczął posługiwać się pseudonimem (urodził się jako Stanley Martin Lieber), gdyż jak wspominał w wywiadach, miał ambicje zostać poważnym pisarzem i nie chciał być kojarzony z obrazkowymi historyjkami. Jednak praca przy wymyślaniu kolejnych przygód herosów tak go zafascynowała, że pozostał jej wierny aż do dzisiaj. Co ciekawe, czasem rysował postaci wyglądające jak on sam; pojawił się m.in. w „Fantastycznej Czwórce” i w kilku zeszytach poświęconych X-Menom i Spider-Manowi.

Stan Lee nadal jest aktywny zawodowo; obecnie zajmuje się głównie tworzeniem scenariuszy i działalnością producencką, pojawia się również w epizodycznych rolach we wszystkich filmach powstających na podstawie komiksów, które tworzył. Wciela się w różne postaci i choć najczęściej na ekranie nie gości dłużej niż kilkanaście sekund, to sceny z jego udziałem są jednym ze znaków rozpoznawczych obrazów Marvela. W ostatnim dziele o przygodach Thora („Thor: Ragnarok”) zagrał diabolicznego fryzjera pozbawiającego dzielnego boga jego blond włosów, natomiast w „Strażnikach Galaktyki” był astronautą opowiadającym kosmitom jakąś długą i – sądząc po ich reakcji – niezbyt ciekawą opowieść. Stan Lee to sympatycznie wyglądający starszy pan w okularach, z siwym zarostem. Jeśli wybierzecie się na nową część Avengersów, koniecznie wypatrujcie go na ekranie.

UNIWERSUM MARVELA

Studio Marvel postanowiło wykreować filmowy świat i umieścić w nim najważniejsze, najbardziej kochane przez fanów komiksowe postaci. Poszczególne produkcje miały się ze sobą łączyć i tworzyć spójną całość, nazwaną Uniwersum Marvela. Na pierwszy ogień poszedł Iron Man, potem zekranizowano opowieści o Hulku, Kapitanie Ameryce i Thorze. Klamrą wieńczącą tę fazę budowania uniwersum była pierwsza część „Avengersów” z 2012 r. W tej produkcji spotykają się wszyscy bohaterowie, których mieliśmy okazję poznać wcześniej. Tworzą drużynę mającą za zadanie bronić Ziemi przed najeźdźcami z kosmosu sprowadzonymi przez Lokiego, który – mimo że jest kreowany na czarny charakter – stał się ulubieńcem widzów.

Bóg psot pierwszy raz pojawił się w filmie o Thorze i od razu skupił na sobie uwagę publiczności i krytyków. To postać niejednoznaczna, mimo komiksowego sztafażu głęboko tragiczna i wielowymiarowa. Różni się od innych, dość prostych charakterologicznie bohaterów. Tom Hiddlestone, brytyjski aktor wcielający się w tę rolę, idealnie oddał zagubienie i rozdarcie bohatera, który dowiaduje się, że nie jest, jak myślał przez całe życie, synem Odyna, tylko przygarniętym przez niego potomkiem jednej z ras wrogich wobec Asgardu, królestwa, w którym się wychował i którym chciał rządzić. Konflikt pomiędzy braćmi i ich relacje z rodzicami, Odynem i Frigg, otwarcie nawiązują do wątków znanych z dramatów Szekspira. Zwłaszcza pierwszy film, reżyserowany przez Kennetha Branagha, który z twórczością autora „Hamleta” mierzy się po obydwu stronach kamery przez całą działalność zawodową, miał ambicje pokazać superbohaterów jako postaci bardziej złożone, uwikłane w konflikty, prześladowane przez fatum. Jednak nie dajcie się zwieść, filmy Marvela to przede wszystkim dobra rozrywka, nastawiona na zaskakiwanie widzów wspaniałymi (nominowanymi do Oscarów) efektami specjalnymi, humorem i niezwykłymi zwrotami akcji.

Uniwersum wchodziło w kolejne fazy, pojawiali się nowi bohaterowie, dołączył m.in. Spider-Man (czyli Peter Parker). Co ciekawe, filmy o nim powstawały już wcześniej: wcielali się w niego Toby Maguire, a potem Andrew Garfield. Producentem było studio Sony, które wykupiło prawa do używania wizerunku człowieka-pająka. Marvel w latach 80. i 90., ratując się przed bankructwem, odsprzedawał swoich herosów innym. W ten sposób stracił na długi czas możliwość wprowadzenia na ekran Petera Parkera, który pojawił się dopiero w filmie „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” w 2016 r. Mimo że na ekranie był tylko przez kilka minut, został przez widzów i krytyków uznany za najlepszego Spider-Mana w dziejach. Ogromna w tym zasługa Toma Hollanda, młodego aktora, który zagrał nie bohatera obdarzonego nadludzkimi mocami, ale nieco zagubionego nastolatka, zafascynowanego możliwością wejścia w świat, który dotąd znał jedynie z telewizji i Internetu. „Spider-Man: Homecoming” z 2017 r. to produkcja poświęcona tylko „pajęczakowi”, naprawdę zabawna i nieudająca, że chce być czymś więcej niż tylko dobrą rozrywką. Nakręcona została w konwencji kina młodzieżowego, a główni bohaterowie to licealiści przeżywający pierwsze miłości i wrzucający filmiki do internetu (zwróćcie uwagę na bardzo śmieszną scenę, w której Peter Parker z ukrycia kręci walczących ze sobą Avengersów, a następnie umieszcza materiał w sieci).

NAJNOWSZE WIEŚCI

Prace nad ostatnią fazą uniwersum nadal trwają, a Marvel wypuszcza co roku kilka filmów. W tym mieliśmy już „Czarną Panterę”, zbliża się premiera „Avengers: Infinity War” oraz „Ant-Mana i Osy”. Każda produkcja to ogromny sukces finansowy: dwie części „Avengersów” zarobiły prawie 3 mld dolarów, pozostałe filmy – 10 mld. Te kwoty robią ogromne wrażenie i pokazują, że superhero movies nadal będą kręcone, bo to się po prostu opłaca. Dlaczego są tak popularne? Wydaje się, że ich fenomen jest zbliżony do np. serii „Star Wars”. Niektórzy utyskują na najnowsze dzieła spod tego znaku, narzekają na słabą akcję i zwyczajną nudę wiejącą z ekranu, ale i tak idą do kina, bo są ciekawi, co będzie się działo z ich ukochanymi bohaterami. Fani Thora i reszty drużyny kierują się zapewne podobnymi pobudkami.

By być sprawiedliwym, trzeba jednak stwierdzić, że Marvel dba, by kolejne filmy, mimo że tkwią w tej samej konwencji, nie stawały się schematyczne. Każdy z nich reprezentuje nieco inny gatunek – wspominałam już o szekspirowskiej tragedii i filmie dla młodzieży, ale jest jeszcze kosmiczna przygoda (a raczej jazda bez trzymanki – uwierzcie, obydwie części „Strażników Galaktyki” to rozrywka naprawdę najwyższej klasy), opowieść o czarodzieju („Doktor Strange”) czy heist movie, czyli film o ludziach, którzy próbują coś ukraść („Ant-Man”).

Kolejnym niewątpliwym atutem serii jest posługiwanie się humorem w sposób mistrzowski – żarty nie są żenujące, autentycznie bawią. Twórcy delikatnie kpią z meandrów politycznej i genderowej poprawności (zwróćcie uwagę na rozmowę Thora z Walkirią w „Thor: Ragnarok”, w której nasz bohater tłumaczy wojowniczce, że jako dziecko też chciał być walkirią, dopóki nie dowiedział się, że oddział tworzą kobiety). Na uznanie zasługuje także dobór aktorów – oprócz młodych wykonawców pojawiają się tak uznane sławy jak Anthony Hopkins, Cate Blanchett, Kurt Russell, Sylvester Stallone czy Michael Douglas.

Charakterystyczne dla filmów Marvela i kochane przez fanów są „smaczki” – epizodyczne kreacje Stana Lee i sceny, które pojawiają się po napisach końcowych. Każdy szanujący się miłośnik komiksowych herosów wie, że trzeba być cierpliwym, bo na koniec zawsze czeka niespodzianka. Najczęściej są to nawiązania do produkcji, które jeszcze nie miały swojej premiery, analizowane potem na YouTube i blogach na wszelkie możliwe sposoby („Co twórcy mieli na myśli i co nam chcą przekazać?”). W „Spider-Man: Homecoming” zaś zamiast podpowiedzi co do następnych filmów dostaliśmy wykład Kapitana Ameryki poświęcony właśnie cnocie cierpliwości.

Korzystając więc z rad bohatera, fanom życzę wytrwałości – jeszcze kilka dni i dowiecie się, co knuje Thanos, czy Loki rzeczywiście ukradł Tesseract z Asgardu i z którym z naszych ulubieńców przyjdzie się pożegnać; zaś osobom mających alergię na Thora i spółkę życzę zachowania stoickiego spokoju. Nie martwcie się! Za chwilę ludzie w kolorowych, obcisłych wdziankach, po raz setny ratujący świat, przestaną straszyć was z gazet, internetu i ekranów. Zastąpią ich dinozaury z kolejnej odsłony „Parku Jurajskiego”!

 

Anna Albingier

Gazetka 170 – kwiecień 2018


WYDARZENIA


PARTNERZY


Łączna liczba odwiedzin

Aktualnie on-line:

WSPÓŁPRACA