BRUKSELA W BRUKSELI

PDFDrukujEmail

Artykuły miesiąca - Nr 125 październik 2013

Самые новые шаблоны Joomla на нашем сайте.
Красивые Шаблоны Joomla 2.5
Игровые шаблоны DLE
Самая быстрая Диета

Każdego roku we wrześniu plac Luxembourg jest widownią podobnych rytuałów.  Trochę wystraszeni i niepewni młodzi ludzie szukają „bratniej duszy”, by nie stać samemu, w towarzystwie tylko szklanki coli lub kufla (czy raczej kubka) piwa. Po kilku tygodniach będą nonszalancko rzucać na krzesła marynarki i teczki ciężkie od plików dokumentów, uśmiechać się szeroko i sygnalizować swoją postawą o własnym niemałym znaczeniu. Nowi unijni urzędnicy zawitali do stolicy Europy.

TRÓJKĄT BERMUDZKI CZY BAŃKA?

Oblicza się, iż każdego roku przez Brukselę „przewija się” w sumie 60 tys. urzędników instytucji unijnych, 20 tys. lobbystów, tysiąc korespondentów prasowych i tysiące pracowników ponad 1600 międzynarodowych stowarzyszeń. Słowem około 160 tys. eurokratów. Część z nich mieszka tu na stałe, ale wielu odbywa tylko krótkie staże lub realizuje kontrakty czasowe. Średnio mają ok. 30 lat, ukończone studia prawnicze, ekonomiczne lub dyplom nauk ścisłych ze specjalnością stosunki europejskie. Często spotkali się już na studiach lub na którymś ze stażów.

Bruksela eurokratów zawiera się w przestrzeni wyznaczanej przez skwer Ambiorix, plac Jourdan i plac Luxembourg.  Tam znajdują się siedziby instytucji europejskich i tam też zazwyczaj mieszkają ich pracownicy. Rzadko wychodzą poza opisany obszar. Niektórzy trafią być może na Grand-Place, ale już nie do dalszych dzielnic czy w głąb kraju. Ogranicza ich jednak nie tylko przestrzeń, ale i rodzaj ludzi, których spotykają. Są to pracownicy instytucji unijnych i mających powiązania z Unią. Rzadko są to zwykli, czyli pracujący w innych sektorach i zawodach, mieszkańcy Brukseli czy Belgii.  Także o zwykłym życiu przeciętnego obywatela stolicy Europy nie mają zupełnie pojęcia.  Wynajęcie mieszkania, załatwienie sprawy urzędowej, nawet korzystanie z metra – to, co nie jest w pakiecie pod nazwą UE, powoduje, że skądinąd wykształceni ludzie gubią się jak dzieci we mgle. Przeszkodą bywa często niezbyt powszechna znajomość języka francuskiego, bo choć Belgowie zazwyczaj posługują się angielskim, to nie jest to norma. Czy jednak nadmiar obowiązków i przemieszanie życia zawodowego z osobistym może usprawiedliwiać spędzanie całego czasu tylko w swoim towarzystwie?  A może w grę wchodzi jednak lenistwo i zbyt wygórowane poczucie własnej wartości? Sami eurokraci na określenie Brukseli, a raczej jej części okrojonej przestrzennie i personalnie, używają terminu The Bubble (bańka) – angielski jest najpopularniejszym językiem w instytucjach unijnych. Dlatego też znajomość francuskiego, nie wspominając o niderlandzkim, nie jest najmocniejszą stroną eurokratów. Za to dobrze i bezpiecznie się czują w swojej „bańce”, gdzie wszystko jest wiadome i zunifikowane.

RYTUAŁY I ZWYCZAJE

Pod względem ubrania i zachowań są niemal jednakowi. Chodzą po wydeptanych ścieżkach – do tego samego dentysty, fryzjera, do tych samych sklepów i barów, do tych samych sal sportowych zarezerwowanych tylko dla nich.  Tam, gdzie znajdą równie uśmiechniętych i pomocnych sprzedawców, gdzie lepiej zostaną docenione ich drogie garnitury i skórzane teczki na laptopy. Z poważnych min da się odczytać komunikat – skoro to ja ustalam zasady gry dla obywateli całej Europy, jestem wybrańcem.  Tak się też czuję, co daję do zrozumienia wszystkim wokoło. Ci, którzy nie byli na tyle przebojowi, by stać się unijnymi pracownikami, a więc moimi znajomymi, sami są sobie winni.

W każdą środę obowiązkowy jest spacer na plac Châtelain po świeże warzywa i owoce oraz ostrygi z szampanem, zaś w czwartek trzeba koniecznie wypić drinka na placu Luxembourg, skanując towarzystwo w poszukiwaniu nowego dziennikarza z Turcji, znajomej lobbystki z Serbii czy młodej stażystki z Chorwacji.  W cenie jest bowiem posiadanie znajomych różnych narodowości (polityka multikulti zobowiązuje, ale ogranicza się tylko do osób innej narodowości pracujących w strukturach Unii), jak i pracujących na rzecz różnych instytucji (w razie konieczności pomogą w zdobyciu posady). Po pracy nie ma mowy o powrocie do zacisza wynajmowanego mieszkania. Należy bywać i pokazywać się na wszystkich możliwych konferencjach, wystawach, degustacjach. Zawsze trzeba być zwartym i gotowym, bo nigdy nie wiadomo, kogo się na nich spotka i z jak ważną w hierarchii personą może skrzyżować nas los. Na jaki temat toczą się rozmowy? O niedawno realizowanym projekcie, polityce międzynarodowej, jak było w Strasburgu na posiedzeniu, z kim się ostatnio jadło lunch i gdzie spędziło się wakacje.  To także miejsce towarzyskich „łowów”. Poza tym nie można zapomnieć o kursie salsy, joggingu i udziale w narodowej drużynie unijnej ligi piłki nożnej. I zawsze trzeba mieć stosik wizytówek – żadna rozmowa, nawet przypadkowa i chwilowa, nie obywa się bez ich wymiany.

ŚWIĘTE KROWY?

Zarobki i przywileje mają niemały związek z decyzją przyjazdu do Brukseli. 2,7 tys. euro na miesiąc dla sekretarki najniższego szczebla, dla urzędników Rady UE, Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego – 5 tys. euro. Personel pomocniczy, np. kierowcy, pracownicy ochrony – ok. 3,6 tys. euro. Urzędnicy nawet w najbogatszych krajach Unii Europejskiej nie mogą liczyć na podobnie wysokie apanaże. Miesięczne wynagrodzenie to jednak tylko dodatek do licznych przywilejów. Posiadanie dziecka lub/i niepracującego małżonka nie jest tak straszne, gdy dostaje się na nich dodatek do pensji.  Tęsknotę małżonków rozdzielonych przyjazdem jednego z nich do Brukseli słodzi tzw. rozłąkowe. Dłuższe urlopy macierzyńskie, dłuższe wakacje, automatyczny awans w hierarchii zatrudnienia co dwa lata, trzydaniowe obiady za niecałe 10 euro itd. O takich przywilejach inni pracownicy mogą tylko pomarzyć. Nic dziwnego zatem, że chęcią zdobycia stałego zatrudnienia w Unii Europejskiej pała nieprzerwalnie liczny zastęp nowych adeptów. Gdy zasmakuje się dobrobytu życia na koszt podatników krajów UE, nie jest łatwo opuścić Brukselę. Dlatego też za wszelką cenę dąży się do tego, żeby się gdzieś zahaczyć, a potem zakotwiczyć na stałe.

Wiele osób zaczyna od stażu. Początek młodego stażysty nie jest jednak obiecujący ani od strony wynagrodzenia (ok. 1000 euro miesięcznie), ani pracy (zwykła robota administracyjna), ale najważniejsze, że udało się przejść przez proces selekcji (znajomość trzech języków obcych i posiadanie dwóch dyplomów uniwersyteckich to norma, choć wcale nie zapewnia powodzenia). Potem można marzyć o byciu funkcjonariuszem. Ma to miejsce po zdaniu egzaminu, gdy już wreszcie posiada się prawdziwą pracę (pisanie raportów i uczestniczenie w konferencjach, spotkania z partnerami plus podróże po Europie) i prawdziwie wysoką pensję – ok. 5 tys. euro na miesiąc.  Teraz pozostaje już tylko uzbierać trochę lat pracy i doświadczenia. Wybrańcy obejmą w przyszłości posadę dyrektora generalnego z pensją do 18 tys. euro miesięcznie. Stały pracownik osiada w peryferyjnej dzielnicy Brukseli, ale słynącej z elitarności jej mieszkańców.

CZYŻBY I TU KRYZYS?

Unia Europejska wielu krajom członkowskim, np. Grecji czy Hiszpanii, zaleca podnoszenie wieku emerytalnego, zmiany na rynku pracy i zaciskanie pasa. Jednak jeśli chodzi o urzędników instytucji europejskich, to nie chcą oni poddać się tym samym zaleceniom. Zamiary przeprowadzenia reformy administracji unijnej sprawiły, że 3000 pracowników Rady UE zastrajkowało, i to co najmniej dwukrotnie w ostatnim czasie. Nie chcą pracować osiem godzin dziennie ani do 67. roku życia, nie chcą pokrywać więcej niż 1/3 kosztów przyszłej emerytury, nie chcą słyszeć o ewentualnych redukcjach etatów. Dlatego też i oni strajkują w obronie swoich przywilejów. Pojawiają się głosy, że gdyby nie wysokie zarobki i przywileje, nikt nie chciałby w instytucjach unijnych pracować, a szczególnie specjaliści, dla których to i tak za mało, bo w sektorach prywatnych otrzymaliby znacznie więcej.  Wynika zatem z tego, że to nie kwalifikacje są głównym motorem przyjęć, ale siła samozaparcia, by się dostać do pracy w instytucjach. Mimo kryzysu powstaje też nowy budynek Rady Europejskiej i Rady UE – jak na razie koszty budowy zamykają się w granicach… 330 mln euro. Choć jego oficjalna nazwa to Europa, nikt chyba nie mówi o nim inaczej niż „Jajko van Rompuya”, a to ze względu na obły, futurystyczny kształt. Gmach ma być przykładem wspólnej budowy europejskiego projektu i jego otwarcia na przyszłość, jako że użyto w nim starych, a potem odrestaurowanych okien pochodzących ze wszystkich zakątków Europy. Pomimo swej symbolicznej wymowy sam projekt zbiera wiele krytycznych uwag. Mówi się o niepotrzebnym rozpasaniu i braku związku z rzeczywistością unijnych biurokratów.

Jednakowo wyglądają, jednakowo głośno się śmieją i nawołują, jednakowo podróżują do Strasburga, a na weekendy do Paryża i Londynu. I mimo że z różnych narodów, są jak jedno plemię. Mają swojego wodza, starszyznę, strukturę plemienną, a wejście do grona tubylców jest możliwe tylko dzięki inicjacji.  Ta jednak, choć bolesna, zapewnia potem tylko same dożywotnie przyjemności.

 

Anna Przybysiuk

Gazetka 125 – październik 2013




WSPÓŁPRACA