
| KALENDARZ
święto europy 12.05 www.fetedeleurope.europa.eu
ZINNEKE PARADE 19.05
WTA Brussels Open 19 – 26.05
20 km – maraton 27.05
święto szkoły
09.06…więcej
| Matka Polka na obczyźnie W maju obchodziliśmy Dzień Matki. Były życzenia, kwiaty, prezenty. Zabrakło jedynie poważnej dyskusji na temat problemów, z którymi borykają się na co dzień polskie mamy. A kłopotów nie brakuje ani tym mieszkającym w kraju, ani tym, którym przyszło żyć za granicą.
Jedne i drugie muszą najczęściej pogodzić pracę zawodową z pełnym etatem w domu. Według statystyk, polscy mężczyźni plasują się na szarym końcu pod względem uczestnictwa w pracach domowych i opiece nad dziećmi. Rzeczywiste partnerstwo, czyli równy podział obowiązków, najbliższe jest Skandynawom, Francuzom i Niemcom. Nasi szarmanccy rycerze chętnie całują kobiecą dłoń, ale zdecydowanie mniej zapału mają do odkurzania, wynoszenia śmieci czy zmieniania pieluch. Polskie prawo oraz silnie zakorzenione tradycje jeszcze bardziej pogłębiają dawne przyzwyczajenia. Urlop wychowawczy dla ojca to ciągle rzadkość w naszym kraju, w odróżnieniu np. od Norwegii, w której i matka, i ojciec mają obowiązek wykorzystania 6-miesięcznej przerwy w pracy na zajęcie się maluchem. Tego typu regulacje prawne zapobiegają dyskryminacji kobiet na rynku pracy i postrzeganiu ich jako pracowników problemowych, czyli takich, którzy będą nieobecni z powodów rodzinnych. Polskie ustawodawstwo tylko w niewielkim stopniu chroni kobiety, które chcą zostać matkami. Świadczą o tym chociażby zwolnienia po powrocie z urlopu macierzyńskiego czy zmuszanie kobiet do podpisania odświadczenia o dobrowolnym odejściu z pracy w przypadku zajścia w ciążę. Rządowa polityka prorodzinna w naszym kraju, o której szumnie rozprawiają kolejne rządy, kompletnie mija się z rzeczywistością. Becikowe, w „oszałamiającej” kwocie 1000 złotych, nie wystarcza na pokrycie choćby połowy kosztów związanych z przyjściem na świat potomka. Gdyby liczyć tylko na pomoc naszego rządu, noworodek miałby co prawda materacyk i łóżeczko, ale leżałby w nich goły, głodny i ciągle z tą samą tetrową pieluchą. Podobnie ze starszymi dziećmi, na które miesięcznie przysługuje 48 zł (do 5 roku życia) i aż (!) 64 zł (dzieci w wieku 5-18 lat) zasiłku, czyli średnio 1,60 zł i 2,10 zł dziennie. Trzeba być wyjątkowo naiwnym bądź pozbawionym resztek rozumu, by sądzić, że można utrzymać dziecko za kwotę, która dziennie wystarcza na zakup drożdżówki i soczku.
Żebracze zasiłki rodzinne i ciągle niskie dochody utrudniają życie polskim matkom. To one bowiem każdego dnia stają przed dylematem, jak tu związać koniec z końcem, żeby starczyło do pierwszego. One też najczęściej godzinami wyczekują przed drzwiami gabinetów lekarskich, by dostać się z maluchem do lekarza państwowej służby zdrowia, gdyż nie stać ich na prywatne wizyty. Na nich spoczywa także organizacja opieki nad dziećmi, dla których coraz częściej brakuje miejsc w żłobkach i przedszkolach. Nasze „opiekuńcze” państwo ciągle nie zrobiło nic, zwłaszcza przez ostatnie 7 miesięcy, żeby rozwiązać ten palący problem. Kobiety, które chciałyby wrócić do pracy, ale nie mogą liczyć na pomoc babci, cioci czy siostry ani nie mają wystarczająco dużo pieniędzy na opłacenie opiekunki, zmuszone są do pozostania w domu mimo braku dochodów pozwalających na godne i normalne życie. Dla wielu z nich, zwłaszcza tych, które poświęcają się wychowaniu dwójki czy trójki potomków, powrót do pracy staje się z czasem wręcz niemożliwy. Nikt bowiem nie chce zatrudnić kobiety, która ma kilkuletnią czy nawet kilkunastoletnią przerwę w zatrudnieniu. Co mają zrobić kobiety pozbawione możliwości podjęcia pracy zawodowej? Jakie wyjście mają również te, które chcą polepszyć byt swojej rodziny, a w kraju nie daje im się takiej szansy? Wyjeżdżają pracować za granicą – mimo serca krwawiącego z tęsknoty za dziećmi czy innymi bliskimi, mimo konieczności wykonywania zawodu poniżej posiadanych kwalifikacji, mimo nieznajomości języka i nowego kraju.
Sytuacja polskich matek mieszkających za granicą – zarówno tych, których potomstwo zostało w kraju, jak i tych, które wyjechały wraz z dziećmi – nie należy do najłatwiejszych.
Pierwsze muszą liczyć się z rozłąką z najbliższymi, pogorszeniem się relacji z dziećmi czy utratą możliwości uczestniczenia w ich dorastaniu. Niekiedy przez długie miesiące (a nawet lata) żyją w wynajmowanych mieszkaniach, których standard pozostawia wiele do życzenia. Odkładają każdy grosz na pomoc najbliższym, zwłaszcza dzieciom pozostawionym w kraju. Żyją według rytmu wizyt w domu rodzinnym, komunii, studniówek, egzaminów i wakacyjnych przyjazdów ich latorośli do Belgii. Za całe to poświęcenie bywają niekiedy nazywane wyrodnymi matkami, które porzuciły swoje dzieci i wyrwały się w szeroki świat. Nikt nawet nie zadaje sobie trudu, żeby dowiedzieć się, dlaczego wyjechały, i usłyszeć często powtarzaną odpowiedź, że po prostu nie miały innego wyjścia.
Druga grupa kobiet – z dziećmi u boku – coraz liczniejsza wśród młodej generacji emigrantek, też nie ma lekkiego życia. Z finansowego punktu widzenia sytuacja tych matek często bywa lepsza niż w Polsce za sprawą wyższych zarobków, sprawniejszego i bogatszego niż u nas systemu socjalnego i opieki zdrowotnej. Przykładowo w Belgii becikowe wynosi ponad 1000 euro, a dzieci do drugiego roku życia mogą korzystać z darmowych świadczeń zdrowotnych. Pojawiają się jednak inne problemy, nieznane mamom w ojczyźnie. Jednym z nich jest nieznajomość języka państwa, w którym mieszkają i pracują. Trudności w porozumiewaniu się utrudniają poszukiwanie dobrej pracy, lepszego mieszkania czy załatwianie spraw z życia codziennego. Najwięcej problemów pojawia się jednak w kontaktach z urzędami i instytucjami – przede wszystkim ze szkołą, do której uczęszczają dzieci. Bez znajomości francuskiego czy niderlandzkiego nie można porozmawiać z nauczycielami o problemach czy sukcesach potomka, poskarżyć się, jeśli trzeba, lub zwyczajnie uczestniczyć w zebraniu rodziców. Wypowiedź pani Magdy (29 l.) najlepiej świadczy o trudnościach napotykanych z powodu nieznajomości języka: Przyjechałam tutaj, nie mówiąc w żadnym obcym języku. Mój mąż mówił trochę po francusku, bo mieszkał tu już wcześniej. To, że nic nie rozumiem i że nie umiem mówić po francusku lub po angielsku, zaczęło mi dokuczać, gdy posłaliśmy syna do szkoły. Zdarzało się, że jego wychowawczyni wzywała nas, żeby powiedzieć o jego problemach z nauką czy kolegami w klasie. Mąż przez dzień nie mógł się wyrwać z pracy, musiałam więc prosić za każdym razem znajomą, żeby ze mną poszła dowiedzieć się, o co chodzi. Czułam się jak idiotka, że do mnie mówią, a ja nic nie rozumiem i nie umiem ani słowa odpowiedzieć.
Nie znając francuskiego czy niderlandzkiego, polskie mamy nie są też w stanie pomóc pociechom w zadaniach domowych ani uspokoić kolegów z klasy dokuczających ich dzieciom. Zdaniem pytanych matek, są to problemy, z którymi nie spotkałyby się w Polsce. Według pani Krystyny (36 l.): Gdybyśmy byli w Polsce, to przez pierwsze kilka klas mogłabym pomóc dzieciom w odrabianiu lekcji. Może później byłyby problemy, bo człowiek już nie pamięta pewnych rzeczy, ale tutaj nie byłam w stanie pomóc dzieciakom od samego początku. Trochę z matematyki, jakieś proste rzeczy – to jeszcze się udawało, ale już z języków kompletnie nic. No bo jak tu sprawdzić, czy coś jest dobrze napisane, skoro za Boga nie wiem, jak to się pisze. Mówić trochę mówię, tak żeby się dogadać, jeśli trzeba, ale czytać ani pisać już nie... Nigdy nie było czasu na szkołę ani na naukę w domu, bo praca, dzieci, sprzątanie, gotowanie... Podobnie myśli pani Beata (44 l.), bezradna w obliczu zdarzenia, które spotkało jej syna: Nasz syn Arek miał w szkole niemiłą przygodę. To było kilka dni po śmierci tego młodego Belga zabitego na Dworcu Centralnym przez polskiego Cygana. Dwóch kolegów z klasy zaczęło Arkowi dokuczać, wyzywać od brudnych Polaków, morderców itp. Syn nie wytrzymał i na przerwie wdał się z nimi w bójkę. Zadzwoniono do mnie ze szkoły, żebym natychmiast przyjechała. Gdy zobaczyłam syna z rozbitym nosem, to chciałam okrzyczeć i tych młokosów, i nauczycielkę, że do tego dopuściła. W Polsce bym tak zrobiła, ale tutaj byłam bezradna. No bo jak tu kogoś zbesztać, skoro ledwie mówię po francusku...
Podobne trudności napotykają mamy w kontaktach z belgijską służbą zdrowia. Niezmiernie trudno wytłumaczyć lekarzowi, co się dzieje z chorym dzieckiem lub na co się maluch uskarża, jeśli zna się wyłącznie język polski. Najlepszym rozwiązaniem są oczywiście wizyty u lekarzy polskiego pochodzenia, ale nie w każdym mieście Belgii można ich znaleźć (Bruksela jest pod tym względem wyjątkowa, gdyż pracują tu polskojęzyczni lekarze prawie wszystkich specjalności). Niestety Polki mieszkające z dala od skupisk naszych rodaków nie zawsze mają taką możliwość. Ten sam kłopot mają kobiety w przypadku własnych problemów zdrowotnych, zwłaszcza wymagających badań specjalistycznych czy hospitalizacji, jak chociażby poród. Trudność sprawia porozumienie się z personelem medycznym, ale też przeczytanie ulotek załączonych do lekarstw czy kupienie czegoś w aptece. Poza kwestią znajomości języka pojawia się też problem orientacji w belgijskim systemie ubezpieczeń zdrowotnych. Legalny pobyt na terytorium Belgii coraz większej liczby Polaków daje wiele praw i w zakresie finansowym (dofinansowanie wykupowanych leków, becikowe, zwrot kosztów wizyt u lekarzy itp.), i w stosunku do pracodawcy (urlop macierzyński, korzystne godziny pracy kobiet w ciąży itd.). Jednak by móc w pełni korzystać z przysługujących przywilejów, niezbędne jest ich wcześniejsze poznanie, a do tego konieczna jest znajomość języka.
Inne problemy, którym muszą stawić czoła polskie matki mieszkające za granicą, to brak bliskich do pomocy w opiece nad małymi dziećmi. Babcie czy ciocie, które mogłyby zająć się wnukami, nie zawsze mogą przyjechać do Belgii, by odciążyć mamę w obowiązkach wychowawczych. Zdane często wyłącznie na siebie, matki muszą ułożyć sobie dzień pracy tak, by móc odprowadzić i odebrać dzieci ze szkoły. Wymaga to niekiedy zmiany miejsca pracy lub całkowitej reorganizacji rozkładu dnia roboczego. Podobnie jak w kraju, kobiety żyjące za granicą muszą najczęściej same zorganizować życie codzienne rodziny, gdyż wielu ojców pracuje więcej i dłużej niż w kraju, a co za tym idzie – jeszcze mniej uczestniczą w życiu rodzinnym.
Niektórym matkom, zwłaszcza tym spoza licznie reprezentowanego w Belgii regionu białostockiego, dokucza brak rodziny i znajomych. W najbardziej komfortowej sytuacji są te z kobiet, które znają przynajmniej jeden język obcy i dzięki temu mogą utrzymywać kontakty nie tylko z rodakami. Ponadto mamy, które pracują w biurach, sklepach i wszędzie tam, gdzie spotykają innych pracowników, mają okazję do rozmów i zawierania znajomości. W najgorszej sytuacji są panie, które mogą komunikować się wyłącznie po polsku i które pracują jako opiekunki do dzieci czy sprzątaczki, gdyż najczęściej są cały czas same. U tych kobiet może pojawić się poczucie wyobcowania, zamknięcia w kręgu monotonnych i nigdy niekończących się obowiązków i prac domowych, prowadzące niekiedy do stanów depresyjnych.
Opis sytuacji polskich mam prowadzi do wniosku, że niełatwo być matką Polką ani w kraju, ani na obczyźnie. Aby polskim kobietom żyło się lepiej i łatwiej, przydałoby się prawdziwe partnerstwo w związkach. Wspólna opieka nad własnymi dziećmi to ani wstyd, ani żadna ujma na męskim honorze. Dzięki odciążeniu w domowych obowiązkach, panie miałyby nieco wolnego czasu, który mogłyby poświęcić dla siebie, ale również na podnoszenie kwalifikacji zawodowych czy na naukę języków obcych niezbędnych do życia za granicą.
Ponadto, by sytuacja polskich matek mogła przypominać tę z zachodu Europy, konieczne jest wprowadzenie zmian w ustawodawstwie naszego kraju. Zachęcanie ojców do urlopów wychowawczych, ułatwienie powrotu do pracy kobietom po urlopach macierzyńskich, zwiększenie zasiłków rodzinnych i zarobków, stworzenie wystarczającej liczby żłobków i przedszkoli oraz uzdrowienie konającej służby zdrowia – to najpilniejsze ze zmian koniecznych do wprowadzenia nad Wisłą. Dzięki nim może udałoby się zatrzymać wiele polskich rodzin w kraju, a inne zachęcić do powrotu. Pracujące za granicą kobiety dostrzegają bowiem już nie tylko korzyści finansowe, ale także łatwiejsze życie, lepszą opiekę zdrowotną, bezproblemowy dostęp dzieci do placówek wychowawczych, możliwości telepracy dla młodych mam itp. Bijący na alarm politycy, którzy dopiero teraz dostrzegli problem emigracyjnych sierot, zamiast powoływać kolejne agendy rządowe mające sprawować opiekę nad pozostawionymi w kraju maluchami, powinni raczej zastanowić się, gdzie jest źródło tego stanu rzeczy. Lepiej i skuteczniej bowiem leczyć przyczynę choroby niż tylko jej skutek. A przyczyna? To bieda wielu polskich rodzin, to dochody niewystarczające na życie i zarobki nieporównywalnie niskie w stosunku do pensji tych, którzy to rzekomo dla wspólnego dobra wszytkich obywateli naszego kraju zasiadają w sejmowych ławach. To także brak państwa opiekuńczego, przepisy dyskryminujące kobiety i matki, to trudności dnia codziennego nieznane w bogatych krajach Unii.
Jeśli teraz nasze władze nie zaczną rozwiązywać tych najbardziej palących problemów, to za jakiś czas wszystkie matki Polki wyjadą za granicę, by tam wieść normalne i spokojne życie na miarę kobiet XXI wieku, a nie średniowiecznych niewiast.
Elżbieta Kuźma
Gazetka nr 73 – lipiec - sierpień 2008 |
Szukana fraza powinna zawierać minimum pięć znaków.
|
||||||||||||||||||||||||||||







Wersja do druku
Wyślij znajomemu







.jpg)



