Nadchodzi wiosna, więc pewnie wiele osób myśli o pozbyciu się niepotrzebnego „bałaganu” z otoczenia. Jedną z pierwszych reakcji na taki pomysł jest oczywiście wystawienie wszystkiego, co się da, na jedną z aplikacji z rzeczami z drugiej ręki. Najpopularniejsza z nich, Vinted, reklamowana jest jako idealna platforma nie tylko dla tych, którzy chcą pozbyć się niechcianych rzeczy, ale także dla dbających o planetę – jako ekologiczna odpowiedź na konsumpcjonizm. 

Wspaniała idea: „ratowanie” rzeczy przed śmietnikiem, zarabianie pieniędzy i oszczędzanie na kosztach. Jednak nie wszystko jest tak różowe, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, i warto o tym pamiętać.

LEPSZE, BO UŻYWANE

Vintage dawno już pozbył się swojego przykurzonego wizerunku, a rynek rzeczy używanych zdaje się rozkwitać jak nigdy dotąd. Według szeroko zakrojonych badań przeprowadzonych przez internetowy sklep z odzieżą używaną ThredUP, rynek odzieży używanej rośnie jedenaście razy szybciej niż rynek odzieży tradycyjnej. 

Platformy odsprzedaży online, na których można kupować i sprzedawać używane ubrania, mnożą się jak grzyby po deszczu. Niekwestionowanym liderem w Polsce i w Belgii jest oczywiście Vinted. Litewska firma zadomowiła się w Belgii w 2018 r. i obecnie może liczyć na ponad milion belgijskich użytkowników. Większe sklepy także starają się podążać za trendem, tworząc własne platformy z odzieżą używaną. Na przykład Zalando rozszerzyło swoją ofertę o taką modę, a H&M uruchomił na początku czerwca platformę z odzieżą używaną „Sellpy”. 

W obu przypadkach platformy w dużej mierze zajmują się sprzedażą, a użytkownicy po prostu wysyłają ubrania. W Zalando można wymienić środki na kartę podarunkową Zalando lub przekazać je na cele charytatywne, a w Sellpy otrzymuje się procent od dochodu. Korzyści wydają się oczywiste: zwalniasz miejsce w swojej przepełnionej garderobie i dajesz ubraniom drugie życie, jednocześnie zarabiając. Innymi słowy, wprowadzasz ubrania z powrotem do obiegu zamiast je wyrzucać lub pozwolić im zbierać kurz w szafie. 

Kupowanie ubrań z drugiej ręki jest również korzystne dla portfela. Według platformy COSH!, zajmującej się problemem zrównoważonej mody, oprócz zaoszczędzenia pieniędzy oszczędza się średnio 1 kilogram odpadów, 3040 litrów wody i 22 kilogramy CO2. Platformy z rzeczami z drugiej ręki twierdzą, że „z radością przyczyniają się do ewolucji w kierunku bardziej zrównoważonego, cyrkularnego przemysłu odzieżowego”. 

Oczywiście kupowanie używanych rzeczy jest zawsze lepsze dla środowiska, jednak należy pamiętać, że rzeczywisty i całkowity koszt, także ten ekologiczny, zakupionego towaru bywa często większy, niż nam się wydaje. Przykładowo: kupujesz T-shirt za jedno euro – dopłacasz za wysyłkę jakieś cztery euro. Super, ale należy pamiętać, że do tego wszystkiego dochodzi transport, często z innego kraju. Jeśli zatem zamawiasz rzecz z Norwegii za kilka złotych, musisz zdawać sobie sprawę z tego, że generujesz masę odpadów. Pół biedy, jeśli zakupiony produkt faktycznie będzie używany, problem zaczyna się, kiedy musimy coś odesłać albo wyrzucamy to do kosza, bo nam się nie podoba. Przecież i tak „nic nie kosztował”. 

Warto zatem, jeśli już decydujesz się na zakupy online, a nie w lokalnym szmateksie, skupić się na lokalizacji – bliżej znaczy mniej zaśmiecających produktów ubocznych. Pamiętaj też, że zawsze możesz skorzystać z opcji tworzenia pakietów u jednego sprzedawcy, które ograniczają liczbę wysyłanych paczek. 

GDYBYM BYŁ BOGATY!

Platformy z rzeczami z drugiej ręki dają nam bardzo złudną obietnicę możliwości dorobienia sobie pokaźnej sumki na czymś, co w domu tylko zalega. Owszem, jeśli masz dobre zdjęcia i dobry towar, to możesz sobie dorobić, ale przeciętny Kowalski nadal na Vinted więcej wydaje, niż zarabia. Sama używam tej platformy, i jak dotąd ograniczam się tylko do kupowania jedynie tego, co w całości pokryję z zarobionych pieniędzy. Biorąc pod uwagę, że to całe 4,5 euro, szaleć nie mogę. 

Wielu moich znajomych nie nakłada na siebie takich ograniczeń – kupują masę rzeczy, które, owszem, pojedynczo kosztują niewiele, ale rachunek końcowy może już rosnąć do kilkuset złotych. Niektórzy ludzie zwyczajnie nie zauważają, jak dużo wydają na Vinted – właśnie dlatego, że kwoty, które znikają z kont bankowych, są tak małe. Jednak po dodaniu tych kilku złotych tu i kilku tam może się bardzo szybko okazać, że to, co wydajesz, znacznie przekracza to, co wpada do kieszeni. 

Osobiście używam Vinted dlatego, że szkoda mi wyrzucić rzeczy do śmietnika, bo wiem, jak bardzo szkodliwe to jest dla środowiska. Zdaję sobie też sprawę z tego, że oddając ubrania do kontenera Caritasu albo tego komercyjnego, ryzykuję, że trafią na wysypisko, ponieważ i second-handy, i organizacje pomocowe toną w kilogramach rzeczy, których nie mogą wykorzystać. 

Zarabianie na Vinted, i chodzi mi tu o większe pieniądze, oczywiście jest możliwe, ale trzeba poświęcić platformie trochę czasu. Są tu sprzedawcy, którzy profesjonalnie przeszukują wyprzedaże garażowe, ciucholandy i uliczne „wystawki”, a skarby wystawiają na swoich kontach – i w taki sposób zarabiają na życie. Jednak, jak już wspomniałam, wszystko – począwszy od opisów produktów, przez zdjęcia i ceny – musi być idealne, przemyślane i niemal wyreżyserowane. Jeśli wrzucisz rozmazane fotki pomiętych i zniszczonych rzeczy, możesz długo czekać na kupujących.

NIE DAJ SIĘ NABRAĆ!

„The Business of Fashion” pisze, że platformy odsprzedaży mogą napędzać „zakupy nałogowe”, zapewniając rynek dla szybko wyrzucanych przedmiotów. Melissa Watt – dziennikarka zajmująca się modą etyczną i autorka „Not What It Seams”, newslettera o modzie i zrównoważonym rozwoju – również uważa, że platformy takie jak Vinted naśladują cykl szybkiej mody. W końcu model ten jest w równym stopniu zależny od ciągłego napływu rzeczy, z których większość jest ledwo noszona. Widać to również na Vinted, gdzie wiele przedmiotów jest oznaczanych jako: „nieużywane, bez metki” lub „mało używane”. 

Według Watt użytkownicy noszą ubranie raz lub dwa razy i odsprzedają je, po czym inni członkowie kupują je za ułamek pierwotnej ceny. „W ten sposób łatwo wpaść w wir niekończących się trendów. Innymi słowy, odsprzedaż online może nieumyślnie podsycać naszą jednorazową relację z ubraniami” – pisze. 

Odzież wystawiana na Vinted i innych platformach to już od dawna nie vintage, szalone lata 90. i tym podobne. Obecnie są to nowe rzeczy z sieciówek i tanich chińskich stron internetowych. Hilde van Duijn, ekspertka w dziedzinie zrównoważonych tekstyliów, obawia się, że platformy second-hand zostaną wykorzystane przez fast fashion jako pretekst do „konsumowania jeszcze większej ilości tanich ubrań z czystym sumieniem” – jak powiedziała w rozmowie z „De Volkskrant”.

Sieci takie jak H&M i Zalando zdają się oferować swoim klientom alternatywę na zakupy „bez wyrzutów sumienia”: złoty środek między szybką modą a „prawdziwą” świadomością wyboru rzeczy używanej. Jednak to wybór jedynie pozorny – nadal bowiem wiąże konsumenta z firmami, które masowo produkują odzieżowy chłam trafiający na śmietniska. 

Jeśli możesz dać czemuś drugie lub trzecie życie – czy to poprzez sprzedaż z drugiej ręki, wymianę, zamianę czy naprawę – to wydłużasz żywotność tego ubrania, a także zmniejszasz zużycie energii i surowców potrzebnych do jego wyprodukowania. Ale jeśli kupowanie na takich platformach jest pretekstem, by nabyć, raz założyć i odsprzedać albo wyrzucić do śmieci, to możesz zacząć kwestionować swoje wybory.

Kupowanie rzeczy z drugiej ręki lub naprawianie zamiast sięganie po nowy towar to rozwiązania ekologiczne – z tym nie ma co dyskutować. Trzeba jednak pamiętać, by nie popaść w nałóg kupowania, który będziemy usprawiedliwiać ekologią i niskimi cenami. 


Anna Albingier