Co roku z naszych codziennych rozmów znika średnio 338 słów – o tyle mniej ich wypowiadamy. Choć wydaje się, że to niewiele, psychologowie biją na alarm: w ciągu piętnastu lat oznacza to systematyczny, znaczący spadek. Czy jako społeczeństwo zapominamy, jak ze sobą rozmawiać?
ŚLIZGANIE SIĘ W CISZĘ
Jeszcze w 2005 r. statystyczny mieszkaniec Zachodu wypowiadał około 16 600 słów dziennie. Piętnaście lat później ta liczba spadła do niespełna 12 000 słów. Badania naukowców – dr Valerii Pfeifer z Uniwersytetu Missouri oraz prof. Matthiasa Mehla z Uniwersytetu Arizony – pokazują, że proces ten, nazywany „ślizganiem się w ciszę” (sliding into silence), postępuje systematycznie. Wspomniani badacze zaobserwowali, że mieszkańcy zachodnich społeczeństw używają w życiu codziennym coraz mniej słów. Coraz rzadziej nawiązujemy rozmowy z sąsiadami czy osobami w kolejce lub pociągu – czyli coraz mniej jest interakcji z innymi ludźmi, a to właśnie one budują tkankę społeczną.
Naukowcy poprosili dwa tysiące ochotników z różnych stron świata (Stany Zjednoczone, Australia, Meksyk, kraje europejskie) o odpowiedzi na różne pytania, tematycznie niezwiązane z celem badań, tak aby wykluczyć nawet nieświadome wpływanie na rezultat naukowych analiz. Wiek uczestników był także bardzo zróżnicowany: od 10 do 94 lat. Choć samo badanie dotyczyło okresu pomiędzy 2005 a 2019 r., można przypuszczać, że rozwój technologii i pracy zdanej w kolejnych latach, aż do dzisiaj, tym bardziej przyczynia się do potwierdzenia i rozwinięcia trendów opisanych przez naukowców.
TECHNOLOGIA, KTÓRA „MÓWI” ZA NAS
Głównym winowajcą tego, że wypowiadamy mniej słów, jest automatyzacja naszego życia. Dawniej, aby kupić bilet, zamówić kawę czy zapytać o drogę, musieliśmy wejść w relację z drugim człowiekiem, czyli słownie go o coś poprosić lub zapytać – a potem uważnie wysłuchać jego odpowiedzi. Należało się przywitać, pożegnać. Często w takich sytuacjach nawiązywała się krótka rozmowa – ktoś wspomniał o pogodzie, ktoś zaznaczył, że się spieszy, ktoś zaoferował pomoc, wskazał na promocję, zasugerował inną drogę do celu.
A dziś? Kasy samoobsługowe, aplikacje, Google Maps, ekrany do zamawiania jedzenia w restauracjach, automaty samosprzedające – zastępują ludzi. Postępująca technologia w przestrzeni publicznej umożliwia nam sprawny zakup lub uzyskanie informacji – ale przy okazji zachodzi ogromna zmiana. Już nic nie mówimy, a czytamy i wypełniamy tylko instrukcje danego urządzenia. W ciszy, bez interakcji z żywą osobą.
Słuchawki w uszach czynią nas mniej przystępnymi do rozmowy – czasami trzeba się „napracować”, by ktoś usłyszał nasze „przepraszam”, gdy chcemy wyjść z metra. Wiadomości tekstowe stają się „bezpieczniejszą” alternatywą dla rozmowy telefonicznej. Płatności, pobieranie dokumentów i wiele spraw formalnych wymaga już tylko telefonu lub laptopa i zalogowania się, a nie fizycznej obecności i bezpośredniej rozmowy z urzędnikiem. Upowszechnienie pracy zdalnej zmniejszyło z kolei drastycznie możliwość swobodnej pogawędki z koleżankami i kolegami z pracy.
MŁODOŚĆ W CISZY
Najszybciej milkną młodzi – u osób poniżej 25. roku życia ubytek słów jest niemal o połowę większy niż u starszych pokoleń. Zaobserwowano, że młodzi ludzie „gubią” rocznie nawet 451 słów. Wytłumaczenie jest jasne: w większym stopniu przenieśli się do cyfrowego świata, bo nawet relacje towarzyskie odbywają się właśnie tam. Co zresztą widzimy na co dzień – grupka młodzieży przebywa razem, ale każda z osób jest wpatrzona w ekran.
Jednak trend zauważony przez badaczy jest szerszy – obejmuje całe zachodnie społeczeństwa i ludzi w różnym wieku. A wraz ze spadkiem liczby używanych słów kurczy się także zasób używanego słownictwa – i to nawet u osób z wyższym wykształceniem. W efekcie jako ludzie tracimy także umiejętność precyzyjnego wyrażania swoich myśli i emocji.
Specjaliści zwracają uwagę również na to, że współczesne dzieci coraz częściej zmagają się z problemami wymowy i formułowania wypowiedzi. Najmłodsi funkcjonują dziś w świecie pełnym hałasu i ekranów, które nierzadko zastępują bezpośrednią komunikację. Mniejsza liczba rozmów z dorosłymi, rzadsze wspólne czytanie oraz ograniczony kontakt z żywym językiem negatywnie wpływają na rozwój kompetencji językowych dzieci.
CENA MILCZENIA
Choć cyfrowa komunikacja jawi się jako wydajniejsza, ma swoją negatywną stronę. Tekst pisany pozbawiony jest tonu głosu, pauzy i emocji, które charakteryzują żywą komunikację. A odczytywanie niewerbalnych znaków, które towarzyszą wypowiadanym słowom, jest kluczowe dla zrozumienia przekazu i budowania więzi międzyludzkich. Im zaś rzadziej mamy okazję się ćwiczyć w rozmowach, tym bardziej nas one stresują, a więc tym częściej ich unikamy.
Mniej wypowiadanych słów, czyli mniej codziennych interakcji z innymi ludźmi, wiąże się z brakiem kontaktów i pogłębiającą się społeczną izolacją. A to już może przełożyć się na rzadsze zawiązywanie głębokich relacji. Wspomniani naukowcy nazywają ten trend „epidemią samotności”. Tracąc okazję do praktykowania small talku, stajemy się mniej odporni na stres towarzyszący głębszym, trudniejszym relacjom. Przy czym zarówno zwykłe codzienne pogawędki, jak i silne relacje są niezwykle potrzebne do utrzymania wysokiego poziomu dobrego samopoczucia, ponieważ zapewniają nam wsparcie psychiczne.
Paradoksalnie – w czasach, które zapewniają nam najwięcej możliwości kontaktu z innymi w całej historii ludzkości, i to często prawie za darmo, jednocześnie mówimy do siebie najmniej od pokoleń. Może warto jutro, zamiast klikać w aplikację, po prostu przy okazji kupowania chleba na śniadanie zapytać sprzedawcę o pogodę? Tych kilka słów niezobowiązującej rozmowy może być najważniejszą inwestycją w nasze zdrowie psychiczne.
Sylwia Maj
Artykuły miesiąca
CORAZ MNIEJ SŁÓW, MNIEJ ROZMÓW…
- Artykuły miesiąca
- Odsłony: 89







