Joanna Tanaka – absolwentka Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim. Po studiach wyjechała do Australii, gdzie dzięki przyjaciółce poznała swojego przyszłego męża, rodowitego Japończyka. W 2016 r. zamieszkali na japońskiej prowincji. W Kraju Kwitnącej Wiśni pracowała jako nauczycielka języka angielskiego i opiekunka do dzieci. Po trzech latach postanowiła wrócić do Polski. Jej książka pt. „Do ostatniego ziarenka ryżu” to zbiór luźnych zapisków, które prowadziła podczas pobytu w Japonii.

Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, powiedziała pani, że przez przypadek napisała „książeczkę o Japonii”. Proszę zdradzić, jak „przez przypadek” napisać książkę liczącą 422 strony, i to bez ilustracji.
Nigdy nie planowałam napisania książki. Natomiast chciałam przelać na papier to, co czułam i co przeżyłam w Japonii. Uznałam, że może to będzie dla kogoś w jakiś sposób pomocne. Trzeba oczywiście pamiętać, że to moja subiektywna opinia i mam nadzieję, że spotka się ze zrozumieniem czytelników. Oczywiście ktoś się może ze mną nie zgadzać i ma do tego pełne prawo, tak samo jak ja miałam prawo do swojego zdania. Na początku myślałam o założeniu bloga, ale nie potrafię tego robić, podobnie jak nie potrafię prowadzić strony internetowej. W końcu moja przyjaciółka zaproponowała, żebym po prostu napisała książkę. Pomyślałam, że dlaczego nie. 

Jak przebiegał proces pisania? 
W Japonii pisałam odręcznie pamiętniki. Mieszczą się one w siedmiu grubych zeszytach. Pamięć jest ulotna, nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkiego. Przy przepisywaniu pamiętników na komputer byłam zdumiona, że coś takiego mi się przydarzyło. Czasami były to rzeczy drobne, ale ciekawe. Dlatego warto w czasie podróży lub dłuższego pobytu za granicą robić zapiski. To był doskonały materiał, który posłużył do napisania książki. 

Czy zawarła pani w książce wszystko, co pani planowała, czy też ze względu na i tak już obszerną publikację nie znalazły się w niej niektóre wątki? 
Kilku rozdziałów nie zdecydowałam się opublikować, np. o zapaśnikach sumo. Nie chciałam wypowiadać się na temat tego sportu, choć lubiłam oglądać zawody w telewizji. Uznałam, że moja wiedza na temat reguł, ćwiczeń i przygotowania się zawodników jest zbyt mała.

Czy tytuł książki „Do ostatniego ziarenka ryżu” jest odpowiednikiem polskiego powiedzenia „do ostatniej kropli krwi”?
W Japonii ryż traktuje się z ogromnym szacunkiem, podobnie jak w Polsce chleb. Przyjęte jest zjadanie posiłku faktycznie do ostatniego ziarenka. Zostawienie choćby odrobiny jest niegrzeczne i bardzo źle widziane. Śmialiśmy się z mężem, że może kiedyś on napisze książkę pt. „Do ostatniego okruszka chleba” i to będą obserwacje polskiej rzeczywistości z perspektywy Japończyka. Podoba mi się pani porównanie. Nikt mi tego wcześniej nie powiedział, ale to prawda. Czułam, że „do ostatniego ziarenka ryżu” / „do ostatniej kropli krwi” symbolizuje wysiłek, moją walkę o przetrwanie w obcym kraju, próbę zrozumienia nieznanej mi kultury i dostosowanie się do ogólnopanujących zasad. Niestety nie zawsze mi się udawało, mimo szczerych chęci.

W książce zostały złamane stereotypy o Japończykach. Czy Japończycy myślą stereotypowo o Europejczykach?
Tak, myślą stereotypowo i niestety, jak to bywa ze stereotypami, nie zawsze są one dla nas przychylne. Jednym z przykładów jest to, że nie-Azjaci mają nieciekawy zapach skóry, czyli się pocą. Faktycznie, Japończycy się nie pocą, a jeśli tak, to ten zapach nie jest wyczuwalny. Oni natomiast czują zapach potu, i to zdecydowanie mocniej niż my. M.in. o tym można przeczytać w książce belgijskiej pisarki Amélie Nothomb „Z pokorą i uniżeniem”, w której opowieść przeplatana jest refleksjami na temat przepaści dzielącej mentalność japońską od europejskiej. 
Kolejnym stereotypem jest to, że ludzie spoza Japonii (Japończycy często dzielą ludzi na Japończyków i resztę świata) nie są powściągliwi w uczuciach. Publiczne okazywanie uczuć jest w Kraju Kwitnącej Wiśni źle widziane, podobnie jak nadmierna otwartość w stosunku do innych. Poza tym pokutuje przekonanie, że obcokrajowcy są źle wychowani.

Najobszerniejszy rozdział książki mówi o ostracyzmie. Ukazuje, jak trudno było pani, jako imigrantce, żyć w tak odmiennej kulturze. Czy w takim razie te trzy lata spędzone w Japonii były czasem straconym? 
Po powrocie do Polski zastanawiałam się, czy czegoś mnie ten wyjazd nauczył, a nawet, czy nie żałuję, że w ogóle się tam kiedykolwiek znalazłam. Otóż nie, nie żałuję. Te wszystkie doświadczenia były dla mnie trudne, ale też niezwykle cenne. Dowiedziałam się, że ludzie potrafią zachowywać się czasami w sposób niegrzeczny, wręcz arogancki, i to tylko dlatego, że ktoś jest z innego kręgu kulturowego. Oczywiście absolutnie nie mam na myśli, że wszyscy Japończycy są tacy, ale mogłam przekonać się o tym na własnej skórze, właśnie mieszkając w Japonii. Myślę, że każde doświadczenie nas wzbogaca i jest po coś. Ja miałam tam pojechać, żeby się czegoś nauczyć i żeby nabrać pokory do życia. Myślę, że prawdopodobnie ten pobyt dał mi więcej, niż mi się wydaje. Bardziej teraz obserwuję ludzi i spodziewam się po nich różnych zachowań. 

Czy zostało coś w pani z kultury japońskiej?
Jest kilka rzeczy, które we mnie zostały. Bardzo podoba mi się to (i żałuję, że tak nie jest w Polsce), że ludzie ustawiają się w kolejce do pociągu, tramwaju, autobusu i wsiadają bez przepychania się. Powszechne jest zdejmowanie plecaków, aby zająć w środkach lokomocji jak najmniejszą przestrzeń z szacunku dla drugiego człowieka. Bardzo mi się też spodobało, i stosuję to w Polsce (choć jak na razie za słabym zrozumieniem), zdejmowanie butów przed wejściem do przebieralni. To fantastyczny zwyczaj, dzięki któremu w japońskich przebieralniach jest zawsze czysto. Poza tym w Japonii panowie nie mają zwykle wstępu do strefy przebieralni damskich i vice versa. Może kogoś to zbulwersuje, że mąż nie może obejrzeć żony i pomóc jej w wyborze sukienki, ale wpływa to na komfort innych pań, które znajdują się w sąsiednich przymierzalniach.

Przed wyjazdem „na stałe” była pani w Japonii turystycznie. Czy te dwa pobyty różniły się od siebie?
Tak, i to znacznie. Jako żona Japończyka miałam świadomość, że muszę przestrzegać określonych zasad wynikających z tamtejszej kultury, bo tego ode mnie wymagano. Przy czym stopień szczegółowości tych wszystkich reguł jest tak ogromny, że popełniałam sporo gaf. Japończycy są uczeni tych zasad od dziecka, a więc są one dla nich naturalne. Jako przykład mogę podać, że kobiety nie powinny siadać po turecku i że kłaniają się w inny sposób niż mężczyźni. 
Gdy przyjeżdża się do Japonii turystycznie lub służbowo, na np. dwa tygodnie, Japończycy często przymykają oko na nieznajomość zasad zachowania. Najważniejsze jest, aby zachować szacunek do ich kultury. Najlepiej ich obserwować i zachowywać się podobnie jak oni, np. zdejmować buty tam, gdzie oni zdejmują, nie robić zdjęć, gdy jest to zakazane, i mówić „przepraszam” w przypadku popełnienia błędu. „Przepraszam” to zresztą słowo klucz w Japonii, które potrafi załagodzić niemiłe sytuacje. Natomiast w przypadku pobytu stałego znajomość zasad zachowania jest bardziej wymagana. Jeżeli jest się żoną Japończyka i żyje się na co dzień w tym kraju, nie ma taryfy ulgowej. W przypadku nieznajomości zasad jest się wykluczonym.

Powszechnie uważa się, że znajomość języka angielskiego jest kluczem do globalnej komunikacji. Czy tak też było w przypadku pani pobytu w Japonii?
To mit, że Japończycy świetnie mówią po angielsku. Oczywiście poziom edukacji w Japonii jest wysoki i ludzie są tam świetnie wykształceni, natomiast mają problem z angielskim. W dużej mierze znają ten język, zdobywają nawet wysokie noty w testach gramatycznych, ale mają problem z mówieniem. Może to dać mylny obraz, że wręcz uciekają od turystów albo udają, że ich nie słyszą. Nie wynika to jednak z tego, że nie chcą pomóc we wskazaniu kierunku. Po prostu boją się mówić, aby nie popełnić błędów. I tu wkraczają kompleksy w płynnym i poprawnym mówieniu w obcym języku. Dlatego wolą się w ogóle nie odzywać. Jakiś czas temu wprowadzono reformę edukacji i zaczęto zatrudniać native speakerów z Australii, Nowej Zelandii i Stanów Zjednoczonych. Trochę to polepszyło sytuację i młodzi ludzie zaczynają swobodniej mówić po angielsku.

A jak pani znajomość japońskiego? Gdy zamieszkała pani w Japonii, nie znała pani języka.
I nadal nie znam (śmiech), ale o tym piszę w książce. Mój japoński jest na podstawowym poziomie; więcej rozumiem, niż potrafię bezbłędnie powiedzieć. Z mężem porozumiewamy się głównie po angielsku. Nasz półtoraroczny synek będzie w naturalny sposób równolegle uczył się polskiego, japońskiego i angielskiego. Nie ma wyjścia, musi się przystosować. Ale liczę na to, że będzie to z korzyścią dla niego. Jak mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie…

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę.

rozmawiała Anna Kata