Cieszenie się tym, co mamy, i celebrowanie życia często odkładamy na później. „Kiedy zdam egzaminy”, „kiedy odchowam dzieci”, „kiedy kupię mieszkanie”… Tylko że to „wtedy” jakimś dziwnym trafem wcale nie nadchodzi. Po jednych egzaminach w pracy są kolejne, które też chcemy zdać, aby awansować, a kiedy już odchowamy dzieci i kupimy dom, wypadałoby odchować i wnuki. W efekcie bez końca odkładamy swoje życie i szczęście na wielkie nigdy. A jak wiele osób uważa, że wszystko, co najlepsze, już za nimi, najważniejsze życiowe decyzje zostały podjęte, a teraz już tylko doczekać do emerytury? I mówią to osoby czterdziestoletnie. Jak nasza jakość życia ma się do haseł w stylu „żyj pełnią swoich możliwości”, „bądź tu i teraz”, „doświadczaj”? Pędzimy, walczymy o przetrwanie, a na koniec często okazuje się, że nie pamiętamy, co było po drodze. 

Dlaczego nie potrafimy się skupić na teraźniejszości i uznać, że nasze życie dzieje się właśnie tu i teraz? Pęd, stres oraz poczucie niepewności i braku bezpieczeństwa to główne czynniki, a w pędzie nie odczuwa się aż tak bardzo lęku. Czas na refleksje zapewne skłoniłby część z nas do odwiecznych rozważań: „mieć” czy „być”, a wtedy doszlibyśmy do wniosku, że „być” oznacza życie pełne, mądre, zbalansowane i uważne.

We współczesnym świecie wyjątkowa ambicja, pracowitość i obowiązkowość uchodzą za największe cnoty. Ale czy na pewno nimi są? Iluż spotykam w swoim gabinecie umęczonych do granic możliwości „pracusiów”. Ledwo chodzą z wyczerpania, niedowidzą, niedosłyszą, ale pracują na granicy wytrzymałości, często siedem dni w tygodniu. Powód zawsze się znajdzie: nowy samochód, pomoc synowi w budowie domu… i tak bez końca. A przecież nie musimy mieć wszystkiego ani też rzeczy najdroższych i najlepszych. Jeśli jednak czujemy, że owszem, musimy, wtedy koniecznie zastanówmy się, co się za tym naprawdę kryje, jakie braki emocjonalne za tym stoją. Dodam dla jasności, że zdecydowanie nie pochwalam całkowitego rezygnowania z ambicji, wręcz przeciwnie. Cieszy mnie, kiedy poznaję młode, ambitne osoby. Tylko że naprawdę we wszystkim warto zachować umiar i pamiętać, że zbyt wygórowane ambicje czynią nam więcej złego niż dobrego i są niesłychanie destruktywne.

A porównania społeczne? To jest dopiero temat rzeka. Trudno jest być szczęśliwym i spełnionym, kiedy koleżanka właśnie wstawiła zdjęcia z bajkowego urlopu na Malediwach, prawda? O ileż łatwiej tym, którzy nie mają mediów społecznościowych! Mimo wszystko nie można chyba jednak całkowicie uniknąć porównań społecznych. Nawet jeśli sami nie mamy tendencji do porównywania się, inni wciągają nas w tę grę. Ważne jest coś innego: kiedy i jakich porównań dokonujemy. Tak jak łatwo znajdziemy osoby, na których tle wypadamy wspaniale (jako ci mądrzejsi, ładniejsi, młodsi, szczuplejsi), z taką samą łatwością znajdziemy też osoby, na tle których już nie prezentujemy się tak korzystnie i atrakcyjnie. Warto więc być ostrożnym i czujnym, kiedy włączy nam się tendencja porównawcza. Peleton biegnie cały czas, dlatego trzeba zadać sobie pytanie, czy mamy ochotę w tym biegu uczestniczyć, a jeśli tak, to z jakiego powodu.

A gdyby tak skoncentrować uwagę na sobie? Robić to, co możemy, aby codzienność – tak, ta nasza najzwyklejsza codzienność – była dla nas źródłem radości, aby była wolna od smutku, niezadowolenia czy bólu? Zadbajmy z troską o siebie, o swoją energię, zasoby, o swoją głowę i ciało, żeby było zdrowe i sprawne – na tyle, na ile to możliwe. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? I jeśli nie my sami, to kto miałby to zrobić? Są sprawy mniej i bardziej ważne – i w pewnym sensie od ich hierarchii zależy nasze życie. Zastanówmy się: czy warto przywiązywać wagę do rzeczy błahych? Umiejętność rozróżniania spraw nieistotnych od bliskich naszemu sercu wydaje się podstawowa dla naszego poczucia szczęścia.

Czy robimy to, co dla nas ważne, i dlatego, że chcemy to robić? No właśnie. To idealna sytuacja – uczynić ze swojej pasji pracę. Mniej się wtedy męczymy i mamy więcej cierpliwości, jak i więcej przyjemności czerpiemy z takiego działania. Wniosek: w im większym stopniu czujemy się sprawcami i organizatorami swojego życia, tym większe są szanse, że będziemy działali z wyboru (a nie z przymusu). Jednym słowem – warto być panem swego losu, ponieważ można wtedy robić to, co się lubi, a nie to, do czego przymusza nas życie.

Celebrowanie życia dotyczyć może zarówno momentów miłych i pięknych, jak i tych trudnych. Ważne, aby były to chwile w pełni przez nas doświadczone, przeżyte, zauważone – i najlepiej z kimś podzielone. Radość życia i umiejętność jego smakowania sprawiają, że każda chwila nabiera znaczenia, a nasze nieuchronne przesuwanie się w głąb linii czasu staje się bardziej świadomym doświadczaniem, a nie walką o przetrwanie lub dzikim galopem. Życzę Państwu wakacyjnego (i nie tylko) oddechu!

Aleksandra Szewczyk
psycholog