Były świadkami królewskich uroczystości, przetrwały wojny i liczne niebezpieczeństwa. Płynęły Wisłą na galarze do przewozu węgla, jechały chłopskimi furmankami, przekraczały Atlantyk na pokładzie transatlantyku „Batory” i przez ponad dwadzieścia lat pozostawały w Kanadzie – by wreszcie znów trafić do Krakowa. Arrasy wawelskie to jedne z najcenniejszych skarbów polskiego dziedzictwa. Ich losy pokazują, jak burzliwa historia Polski odcisnęła piętno nawet na dziełach sztuki. Ale wszystko zaczęło się w Brukseli.

TAPISERIE, GOBELINY CZY ARRASY?

Wielokolorowe jednostronne tkaniny ścienne wykonane ręcznie na krośnie określa się ogólnie nazwą tapiseria (od francuskiego tapisserie). Przedstawiają zwykle sceny religijne, mitologiczne, historyczne; często także polowania, krajobrazy, zwierzęta i rośliny. Tapiserie służyły głównie do ozdabiania wnętrz pałaców, zamków i kościołów, a przy okazji pomagały zatrzymywać ciepło w pomieszczeniach. Były wyrabiane już w starożytnym Egipcie, z kolei w Europie od czasu średniowiecza istniało kilka liczących się ośrodków: w XIV w. Paryż i Arras, w XV w. Arras i Tournai, w XVI w. Flandria i Włochy, w XVII w. Bruksela i znów Paryż.

Rozpoznanie tapiserii nie jest trudne, jeśli możemy zerknąć na jej rewers. Najprostszy sposób tkania to bowiem splot płócienny, w którym pionowe nici (osnowa) przeplatane są poziomymi (wątek). Jeśli się dobrze przypatrzymy, zauważymy, że w tej technice wątek niemal całkowicie zakrywa osnowę, dlatego z przodu widoczny jest obraz, a na odwrocie swobodnie zwisają końcówki nici.

Potocznie wymiennie z nazwą tapiseria używa się innej: gobelin, która wzięła się od słynnej francuskiej manufaktury rodziny Gobelinów. Zakłady działały prężnie od XVII w. w Paryżu. Później, w XIX w., pojawiły się gobeliny maszynowe, znacznie tańsze, ponieważ ich proces produkcji na krosnach żakardowych był szybki.

Do dzieł z Wawelu przylgnęło jeszcze inne określenie – arrasy. To z kolei pochodzi od miasta Arras we Francji, które w XIV i XV w. było dominującym ośrodkiem produkcji tkanin dekoracyjnych. Słowo „arras” stało się wtedy w Polsce synonimem tapiserii, i to niezależnie od jej miejsca wytworzenia.

RENOMA FLANDRII I BRUKSELI

W XVI w. Flandria i Bruksela były silnymi ośrodkami produkcji tapiserii. Obszar ten był bogaty, zatem oprócz zamówień od duchowieństwa i książąt rosło również zapotrzebowanie miejskich konsumentów na dobra luksusowe. Wraz z pojawieniem się znaczącej prywatnej klienteli nastąpiła zmiana w tematyce gobelinów. Stały się bardziej rozbudowane, bogatsze i przede wszystkim zaczęły być oznaką prestiżu. Jako przedmioty luksusowe zaczęły pełnić trzy główne funkcje. Służyły do eksponowania w domach szlacheckich lub z okazji ceremonii publicznych (część przechowywano w miejscu niedostępnym dla światła). Były też wręczane jako prezenty dyplomatyczne lub ślubne, ułatwiające zawieranie sojuszy między rodami. I wreszcie – co wiemy z inwentarzy wpływowych osobistości, zarówno świeckich, jak i duchownych – stanowiły rezerwę kapitału i inwestycję. Łatwo to zrozumieć: często tkane były złotą i srebrną nicią, a więc miały wielką wartość. 

KRÓLEWSKIE ZAMÓWIENIE I TESTAMENT

Biorąc pod uwagę renomę ówczesnych ośrodków tkackich w Brukseli oraz prestiż, jakim było posiadanie cennych arrasów, nic dziwnego, że król Zygmunt II August zwrócił się właśnie tam ze zleceniem. Okazja była doskonała: jego zaślubiny z Katarzyną Habsburżanką w lipcu 1553 r. Tymczasem realizacja zamówienia trwała od 1550 do 1560 r. – na ślub gotowe były tylko nieliczne z prawdopodobnie 160 zamówionych arrasów. Dodajmy, że do naszych czasów zachowało się ich 136. 

Ostatni z Jagiellonów zgromadził imponujący zbiór renesansowych tapiserii wykonanych w najlepszych warsztatach Brukseli według projektów artystów niderlandzkich. Tkane wełną, jedwabiem, nićmi srebrnymi i złotymi prezentują najwyższy poziom artystyczny. Trudno oszacować ich wartość w chwili zamówienia, ale koszy były gigantyczne. Dość dodać, że król musiał się zapożyczyć, aby opłacić całość. Miał potem kłopot z uregulowaniem tych należności i zwlekał ze spłatą długów. Obawiając się krytyki ze strony szlachty, kazał, by po jego śmierci zniszczono wszystkie rachunki i dokumenty dotyczące finansowania tego przedsięwzięcia.

Zygmunt II August nie doczekał się potomka. W testamencie postanowił przekazać „flanderskie opony ze złotem i figurami” swoim trzem siostrom, ale z zastrzeżeniem, że po ich śmierci kolekcja stanie się własnością Rzeczypospolitej. Było to nietypowe posunięcie, ale król chciał ofiarować państwu dar jako symbol jego trwałości i znaczenia. Losy kraju potoczyły się jednak inaczej.

BURZLIWE LOSY KRÓLEWSKICH TKANIN

Już w XVII w. kolejni władcy traktowali arrasy jak własny majątek. Bywały zastawiane, przewożone z miejsca na miejsce i coraz gorzej zabezpieczane. W czasach Stanisława Augusta część z nich trafiła do Warszawy, aby uświetnić uroczystości koronacyjne. Nie wszystkie przetrwały ten okres w dobrym stanie. Z niektórych wypruwano złote nici i próbowano je przetapiać, licząc na szybki zarobek. Inne po prostu niszczały wraz z pogrążającym się w kryzysie państwem; ich elementy wycinano (!) bez poszanowania czy też świadomości ich ogromnego znaczenia.

Po trzecim rozbiorze Rosjanie wywieźli królewskie tapiserie na wschód. Przez dziesięciolecia wydawało się, że ślad po nich zaginął. Dopiero w połowie XIX w. odnaleziono ich inwentarz sporządzony 90 lat wcześniej, z okazji koronacji ostatniego króla Polski. Historycy i kolekcjonerzy powoli zaczęli odnajdywać dokumenty świadczące o tym, że bezcenny zbiór nadal istnieje. Trop prowadził do carskich rezydencji pod Petersburgiem.

Szansa na odzyskanie kolekcji pojawiła się dopiero po odzyskaniu niepodległości, ale negocjacje z Rosją były trudne i pełne uników ze strony sowietów. Początkowo twierdzili, że arrasy zaginęły podczas ewakuacji wojennej. Okazało się jednak, że większość spokojnie spoczywa w magazynach Ermitażu. Do Polski wracały stopniowo przez kilka lat. Ostatecznie udało się odzyskać 136 tapiserii (dziś trudno powiedzieć, czy wszystkie pozostałe przepadły bezpowrotnie).

Ale radość nie trwała długo. Kiedy pod koniec lat 30. XX w. było jasne, że Europa znów zmierza ku wojnie, na Wawelu przygotowano specjalne metalowe skrzynie do ewakuacji najcenniejszych zabytków. Gdy Niemcy napadły na Polskę, nie było czasu na wahanie. I tu zaczyna się akcja jak z filmu sensacyjnego. Arrasy zdjęto ze ścian, starannie zwinięto i załadowano na galar, czyli na barkę używaną zwykle do transportu węgla. Pod osłoną nocy rozpoczął się spływ Wisłą. Łódź ukrywała się w trzcinach przed niemieckimi samolotami, a jej pasażerowie nie wiedzieli, czy następnego dnia będą jeszcze żyli.

Następnie z Sandomierza transport ruszył furmankami, a później ciężarówkami i autobusami. W chwili, gdy Armia Czerwona wkroczyła do Polski, konwój z arrasami przekraczał granicę z Rumunią. Jednak na tym podróż się nie skończyła. Przez Rumunię i Francję, z licznymi przeszkodami, kolekcja dotarła do Wielkiej Brytanii. Gdy niemieckie bomby zaczęły spadać na Londyn, zapadła decyzja o jeszcze dalszej ewakuacji. Tym razem celem była Kanada. Arrasy przewieziono przez Atlantyk na pokładzie legendarnego transatlantyku „Batory”, który miał nieoczekiwanie wyjątkowe szczęście. Ponieważ przewoził także brytyjskie złoto, eskortowały go brytyjskie okręty wojenne.

Po zakończeniu wojny rozpoczął się kolejny rozdział, tym razem polityczny. Polski rząd na uchodźstwie nie chciał przekazać skarbów władzom komunistycznym w kraju, obawiając się, że mogą podzielić los wielu dzieł zagrabionych wcześniej przez Rosję. Przez następne lata arrasy ukrywano w różnych miejscach Kanady, a ich lokalizacja była pilnie strzeżoną tajemnicą. Ich przyszłość stała się przedmiotem dyplomatycznych sporów między Ottawą, Londynem i Warszawą.

Dopiero w 1961 r. kolekcja wróciła do Polski. Po czterystu latach od realizacji zamówienia w u brukselskich mistrzów tkackich arrasy znów zawisły na Wawel. Historia miała jednak jeszcze jedną niespodziankę. W latach 70., podczas wystawy w Moskwie, odkryto arras, którego wcześniej nie zwrócono Polsce. Kilka lat później także on wrócił do kraju.

Dziś, oglądając wawelskie tapiserie, łatwo zachwycić się ich kunsztem. Warto pamiętać, że niemal każdy z nich odbył podróż liczoną w dziesiątkach tysięcy kilometrów. Niewiele europejskich dzieł sztuki było świadkami tylu dramatycznych wydarzeń.

Początkowo na Wawelu można było podziwiać całą kolekcję, ale szybko okazało się, że największym zagrożeniem są warunki ekspozycji i tłumy zwiedzających. Kurz, światło i zanieczyszczone powietrze niszczyły delikatne tkaniny, dlatego dziś arrasy są prezentowane rotacyjnie, by zachować je w jak najlepszym stanie.

Agnieszka Strzałka